18 luty 2014

16.02.2014

Jezus uprzedza, co Go czeka w Jerozolimie. Przewiduje rzeczy dla siebie ostateczne – cierpienie i śmierć i zmartwychwstanie. Lecz wygląda na to, że uczniowie jakby nie wysłyszeli w Jego przemowie słów o nadziei. Lub jakby te słowa o zmartwychwstaniu były dopisane później przez redaktora Ewangelii.

Śledząc drogę Jezusa, nietrudno spostrzec, że od pewnego momentu zaczyna On mówić o nieprzyjemnych sprawach oczekujących Go w Jerozolimie. Stało się to dokładnie od chwili, gdy Piotr jako pierwszy wyznał, że Jezus jest Mesjaszem. Synem Boga żywego. Tak jakby to osobiste wyznanie potwierdziło osiągnięcie przez uczniów wyższego stopnia poznania. Szkoła podstawowa wiary kończy się, zaczyna się gimnazjum... Do tej pory byliście świadkami i uczestnikami cudów, jedliście rozmnożone ryby i chleb, słyszeliście podobieństwa i nauczania mądrości, teraz czas na trudniejszą lekcję. Poznacie odwrotną stronę tych spraw, nie tylko dobrą ale też i złą! „Kto chce iść za mną, niech zaprze się samego siebie, weźmie swój krzyż i naśladuje mnie“. Piotr zaczyna bronić siebie i Jezusa, w tym kierunku dalej wraz z Jezusem iść nie chce. I właśnie w tej chwili staje się szatanem! Brzmi to tak nieoczekiwanie! Przecież miał jak najlepsze intencje i zamiary a Jezus jego rad nie przyjął i nie docenił, przeciwnie: „Zejdź mi z drogi, szatanie! (Idź za Mną, szatanie!) Twoje myśli nie są od Boga lecz od człowieka!“. Przywołuje zaraz ku sobie gromadę uczniów i zaczyna mówić o krzyżu, o stratach, o śmierci. Jakby się ich pytał: „Naprawdę idziecie ze mną? Jesteście tego pewni, nie zmienicie zdania?“

Większość z nas znalazła się w swym życiu w chwili podobnej przebudowy swej drogi – do tej pory wszystko było przyjemne i lekkie. Lecz nie trwa to wiecznie. Czekają nas trudne sytuacje. I nie chodzi tu o nasze starzenie się, o fakt że pewnego dnia będziemy starzy, chorzy i słabi. Taka jest naturalna kolej rzeczy, każdego to czeka. Dzisiejszy fragment Ewangelii przypomina zaś sytuację, w której czeka przed nami coś nieprzyjemnego, co jednak musimy wykonać, w jakiś sposób rozwiązać. Być może jakaś trudna rozmowa, wciąż z lękiem czy wstydem odkładane spotkanie z człowiekiem, powiedzenie sobie prawdy raz na zawsze, podjęcie potrzebnej lecz niepopularnej decyzji, coś, co napawa nas lękiem, już zawczasu powoduje bezsenność i stres. Rozważamy, zastanawiamy sie ostrożnie, czy nie byłoby możliwości uniknięcia tego wszystkiego. Obejść przeszkodę. Ignorować problem. Działać tak, jakby w ogóle nie istniał. Albo odłożyć to... na później... na pojutrze....na czas nieokreślony... By pójść dalej, jakby nigdy nic, i zachowywać się tak, jakby problem nie istniał. Prawdopodobnie było to naszym udziałem.

A Ewangelia mówi, że Jezus mówił o swych lękach otwarcie, mógłby więc być dla nas wzorem, inspiracją.

Ten punkt pęknięcia na drodze Jezusa jest godny uwagi. Wyraźnie powiązany jest z wyznaniem, że Jezus jest Mesjaszem, Wybawicielem, Synem Bożym! Właśnie to wyznanie oddziela rzeczy przyjemne i łatwe od ciężkich i bolesnych.

Jeśli ten, kogo spotkają w życiu podobne chwile do tych, jakich doświadczył Jezus w Jerozolimie, jest pewien Jezusowego mesjaństwa, ten znajdzie siłę by zmierzyć się z krzyżem. Kto wierzy, że nie jest to zwykły krzyż, lecz krzyż Syna Bożego, ten wraz z Nim wstaje z martwych. I odwrotnie – dla tego, dla którego wiara jest zaledwie koktajlem cudów i Alleluja, ten może ponieść klęskę w chwili próby. Nie będzie w stanie pojąć sensu i celu dziwów i cudów. Będzie myślał, że są one przeznaczone jedynie dla niego. Nie stoi pewnie na ścieżce Chrystusa. Ścieżce do Jerozolimy.

Przypuszczalnie i my tego doświadczamy. Jezus widzi na końcu nadzieję. Piotr zaś jedynie wyznał wiarę, lecz widać, że wciąż nie pojmował, co tak naprawdę rzekł. Dlatego nie słyszy, gdy Jezus mówi o tym, że na końcu wstanie z martwych. Myślę, że i nam powinno to brzmieć w uszach i sercach gdy czujemy zbliżające się cierpienia i trudy. To ze sobą jest powiązane. To wyższa szkoła wiary. Zmartwychwstanie nadchodzi dopiero po decyzji udania się do Jerozolimy. Po krzyżu.

Droga Jezusa ku naszemu zbawieniu była cierpka lecz udana. Sukces nie spoczywa w ilości cierpienia lecz w tym, że Jezus nie poddał się w obliczu cierpienia. My również nie powinniśmy lękać sie zmęczenia i nieszczęścia, gdy chodzi o coś ważnego i szczególnego. Chrześcijańska droga nie jest skrótem. Jest to często droga po wertepach i ciemnych dolinach. Doświadczymy w jej trakcie samotności i milczenia Boga. Spróbujmy jednak nie poddawać się. To ogromna różnica iść szeroką drogą i czuć się panem a wlec stromą i kamienistą ścieżką krzyż na swych plecach. Człowiek przy tej okazji przeżywa dosłownie odmienne czy rozbieżne pojmowanie swej wiary. Wierzę, ponieważ jest to takie oczywiste? Czy wierzę pomimo wszystko? Warto sobie na te pytania odpowiedzieć samemu...

Często budzimy się na rozdrożu pytań: jechać z górki czy iść pod górę? Dać sobie spokój z wymagającymi pracy i zmęczenia zadaniami? Zrzucić odpowiedzialność na innych czy spróbować samemu wziąć sprawy w swe ręce? Cóż, chrześcijaństwo nie jest pełnym satysfakcji i samozadowolenia spoczynkiem. Przed nami stoi krzyż, narzędzie kaźni a nie wygodna kanapa. A tak już jest, że ludziom łatwiej podjadać magiczne grzybki by czerpać z tego duchowe przeżycia niż zacząć pracować nad sobą z pełnym samozaparciem. A Kościołom wygodniej pójść na układ z tym światem niż wybrać krzyż Chrystusowy.

Niestety, inkwizytorzy z większą gorliwością ścigać będą nieszkodliwe zielarki niż wiodących na pokuszenie ludzi pokroju Piotra. Na szczęście doszedł potem do siebie a gdy zestarzał się ktoś inny przepasał go i sprawił by szedł tam, dokąd nie chciał. Podobnie, jak w przypadku jego Mistrza. A jak to z nami będzie? Kto wie… Czy sprytnie ominiemy nasze własne Jeruzalem? Bezboleśnie unikniemy podjęcia decyzji? Wykorzystajmy ten rozpoczynający się czas postny na zastanowienie się…

I ostatnia myśl. W ciągu tych ostatnich miesięcy swego życia Jezus doświadczył jeszcze wiele. Żyjąc ze świadomością swej męki i śmierci spotykał się z ludźmi, czerpał pełnymi garściami z tego świata, żył w nim i nim. Nie zgorzkniał, nie zestarzał się emocjonalnie, nie wycofał się w rozpamiętywanie swego życia, nie wyliczał z żałością swych zysków i strat, nikomu nie miał za złe, nie zamilkł, nikogo nie straszył i nie zniechęcał swym przyszłym cierpieniem. Z pewnością nie jeden raz się śmiał, nieraz zapłakał, wzruszył innych, sam doświadczył wzruszenia – kochał i był kochany, po prostu żył pełnią życia – to znaczy, żył w teraźniejszości. To właśnie teraźniejszość jest pełnią i głębia życia! To nie przeszłość ze swymi więzami wspomnień, a nierzadko także więzami winy, to również nie przyszłość ze swymi niejasnymi marzeniami, planami i obawami. To życie tu i teraz, w świecie, z ludźmi i dla nich, bez względu na to, czy przed okresem postu, w trakcie postu czy po nim.

I wtedy nasze  światło wzejdzie jak zorza poranna, uzdrowienie rychło nastąpi, Pan będzie nasza strażą i odpowie nam : „Oto jestem”. I my też bądźmy…