18 luty 2014

22.01.2014

Dzisiaj hasłem dnia są słowa: „Razem ... jesteśmy wezwani do współuczestnictwa” – w miejsce trzech kropek można wstawić osobę lub grupę osób, z którymi chcielibyśmy współuczestniczyć. Z kim więc? Z żoną, mężem, partnerem, naszym współwyznawcą, pastorem, księdzem? Z tymi, których znamy i lubimy lub kochamy, czy również z tymi, którzy są nam z wielu powodów niemili?

Czytamy o współuczestnictwie – w czym? W byciu w tym świecie, pracy, odpoczynku, polityce, gonitwie szczurów, nagonce, ucieczce?

We fragmencie dzisiejszym czytamy: „Przyprowadź moich synów z daleka i moje córki z krańców ziemi! Wszystkich, którzy są nazwani moim imieniem i których ku swojej chwale stworzyłem, ukształtowałem i uczyniłem – kim oni są? Z naszych zborów czy parafii, naszej pozycji społecznej, kraju, wiary, z kręgu naszej kultury? Czy to są ci, którzy jednak żyją, wierzą inaczej niż my, może inaczej kochają? Nie wiemy, tak do końca... Kim są ci inni? Jak ich traktować?

Na początek takie spostrzeżenie - gdy słyszę w Biblii słowo „przyprowadzić” to nieodmiennie nasuwa mi się metafora stada owiec należącego do określonej owczarni.
Lecz w kontekście tych obcych, innych nie chodzi tylko o „własne owieczki”, o skoncentrowanie się na tych, którzy odwiedzają wyłącznie nasz Kościół i są w nim w mniejszym czy większym stopniu aktywni. Było to możliwe tylko wówczas, gdy wspólnota wiernych obejmowała właściwie wszystkich mieszkańców danego terytorium. Dzisiaj przy tak ogromnej mobilności ludzi, trudno o takie pojmowanie  terytorium wspólnoty. Jezus powiada: „Mam jeszcze inne owce”. Otóż to, jesteśmy odpowiedzialni również za tych, którzy „z nami nie chodzą”. Kim oni są?
Z zaskoczeniem można stwierdzić, że ci, którzy z nami już nie chodzą byli kiedyś ochrzczeni i wzrastali w naszej zagrodzie. Czy w zagrodzie było im zbyt ciasno i duszno? A może laska pasterska była zbyt twarda? Większość pasterzy przeżywa radość, gdy na pewien czas udaje im się zatrzymać tych ludzi w swym stadzie, lecz wkrótce przeżywają rozczarowanie, gdy przekonują się, że owieczki wcale się w nim nie zadomowiły i prędzej czy później ruszają w swoją drogę.

Być może powinienem teraz powiedzieć coś o potrzebie pracy misyjnej wśród niewierzących. Z zastrzeżeniem jednak podchodzę do podziału na wierzących i ateistów, niczym na dwie piłkarskie drużyny grające na Bożym boisku. Sądzę, że w każdym wierzącym mieszka zarówno wątpiący, jak i „niewierzący”, a w każdym „niewierzącym” mieszka także wierzący i poszukujący. Wciąż przybywa ludzi, którzy ani nie są tradycyjnie wierzący, ani nie są zdeklarowanymi ateistami.

Będą oni chcieli iść z nami zapewne tylko kawałek drogi i tylko pod pewnymi warunkami. Nie powinno ich się od razu posądzać o rozkapryszoną wybredność, indywidualizm, brak dyscypliny, pychę. Powinno się uszanować fakt, że są to inne owce, i nie powinno się niszczyć od razu ich odmienności. Czuję ogromny szacunek dla przekonań każdego człowieka i niechęć do odbierania komukolwiek jego poglądów. Wierzę głęboko w prawdziwość wiary chrześcijańskiej i kocham swój Kościół i szczerze wierzę, ze chrześcijaństwo i ewangelicyzm reformowany powinien być proponowany wszystkim, lecz kontakty z przedstawicielami innych kultur, religii i wyznań doprowadziły mnie do przekonania, że my chrześcijanie i ewangelicy reformowani nie mamy monopolu naprawdę. Daleko mi do przekonań wielu współwyznawców, że kogo nie pozyskamy dla naszej trzody, tego oddajemy piekłu. Bardziej niż zdanie „Kto nie jest z nami, jest przeciw nam” przemawiają do mnie słowa „Kto nie jest przeciw nam, jest z nami”.
Nie próbujmy nerwowo i pospiesznie zaganiać „innych owiec” do naszych szczupłych kościelnych owczarni, uszanujmy ich odmienność – także jako Boży dar dla nas – kochajmy je takimi, jakie są i odważnie brońmy ich, tak jak to czynią rzeczywiście dobrzy i odpowiedzialni pasterze. Kochajmy a nie odrzucajmy...

Ponieważ obawiam się, że straszeniem, napominaniem, ganieniem czy potępianiem uczyni się więcej szkody niż pożytku – poczują się oni wśród „prawdziwych chrześcijan” ludźmi niższej kategorii, jeszcze bardziej pognębionymi i przygnębionymi, a jeśli wspólnota kościelna ma być rodziną duchową, to ta rodzina musi być otwarta również na nich. Przyznajmy, że dotyczy to również nas samych – nam również nie zawsze się szczęści w naszych rodzinach, parafiach, społecznościach, w kontaktach z parterami, dziećmi i wnukami… Zamiast demonizować zło trzeba wzmacniać dobro – pocieszać i pokrzepiać uświadamiając ludziom ich dobre cechy i starania zamiast pognębiać i zniechęcać ukazując ich grzeszność i słabość…
„Kto jest moją rodziną? – pytał Jezus swej matki i braci. Spojrzał na ludzi Go otaczających, wsłuchanych w Niego z radością, ulgą i poczuciem wolności i powiedział: „To są ci wszyscy, którzy czynią wolę Bożą”. A wolą Bożą jest pojednanie, wybaczenie, miłość Boga i bliźniego i otwartość na nich.

Kazanie wygłoszone w Kościele Chrześcijan Baptystów w Warszawie na nabożeństwie ekumenicznym w ramach Tygodnia Modlitw o Jedność Chrzęscijan.