31 marzec 2014

30.03.2014 | J 12,20-26

Ostatnio rzadziej, lecz jeszcze niedawno prawie codziennie słyszeliśmy o samobójczych atakach osób na budynki lub grupę ludzi. Przypuszczalnie, ludzie czynią to najczęściej z pobudek politycznych, do takiego kroku wiedzie ich również wiara religijna – najczęściej jednak trudno w takich przypadkach ocenić, ile w tym było polityki a ile przeżycia religijnego. Niektórzy z takich religijnych fanatyków są całkowicie pewni tego, że ginąc w świętej wojnie, rezerwują sobie w raju ciepły kącik dla siebie. O takich terrorystach mówi się, że życie swoje i swych ofiar mieli za nic, liczył się cel, idea, sprawa...

Co miał więc na myśli Jezus, gdy mówił, że kto nienawidzi w tym świecie swego życia i straci go, zachowa go na wieczność? Czy to wszystko nie jest jakimś religijnym hasłem czyniącym więcej szkody niż pożytku? Przecież i Budda uczył, że nie powinno się cieszyć z życia, że lepiej jest w ogóle się nie narodzić. Nie namawiał jednak do tego, by znienawidzić samego życia ponieważ nienawiść już jest czynnością a jakakolwiek działalność i aktywność zbyt wiąże człowieka z życiem. Jezus powiedział zaś dosłownie: "Kto ma w nienawiści". Co miał na myśli?

Chrześcijanie w dzisiejszych czasach nie wysadzają się jako żywe bomby. Nie dlatego, że stali się bardziej czuli, mięccy i delikatni. Na pewno nie! Z pewnością możnaby w minionych czasach znaleźć przypadki, gdy to chrześcijanie rzucali się w objęcia śmierci z gorliwością męczennika. Lecz zasadniczo były to ekscesy, które nie należały do istoty chrześcijaństwa, były marginalne. Jak to powiedział Klemens Aleksandryjski już w trzecim stuleciu: "Jedyną ofiarę, jaką chrześcijanie mogą ponieść za wiarę, to ofiara miłości. Nie ma sensu składać innych ofiar tam, gdzie raz na zawsze swą najdoskonalszą ofiarę poniósł Chrystus."

Jezus zaś mówi: "Ziarno, które nie upadnie do ziemi i nie umrze, pozostanie samotne, nie wyda plonu..."

Dawać samego siebie za innych, dla innych ludzi... Brzmi to tak patetycznie! Jak łatwo powiedzieć! Przecież wciąż brzmią w naszych uszach ostrzegawcze rady naszych mam: "Załóż szalik, żebyś się nie przeziębił! Nie jedź rowerem bez trzymania! Nie rozmawiaj z obcymi! Wracaj do domu, tam bezpiecznie!" Widzimy przecież, jak bardzo na siebie uważamy, w jak wielkim stopniu obowiązują zasady bezpieczeństwa– posiadamy w swych autach czasami aż 8 poduszek powietrznych, jemy margarynę (uwaga – cholesterol!), sami sobie codziennie mierzymy poziom ciśnienia, słowem, czynimy to wszystko po to, by właśnie zbytnio się nie zużyć, dłużej wytrwać i pożyć! Po co być jak to ziarno, które musi umrzeć, by nie zostało samotne? Czy martwe ziarno może w ogóle czegoś jeszcze się spodziewać?

To podobieństwo łatwo wytłumaczyć. Mowa jest tu o egoistycznym i o otwartym na innych sposobie życia. Kto myśli jedynie o sobie, nic innym nie przynosi i zostaje sam. Kto zaś czyni dla innych, oddaje się innym, i to nie tylko swej własnej rodzinie, wytwarza specyficzne połączenie między ludźmi i nie odczuwa samotności.

A co z tą śmiercią? Już wkrótce nastanie Wielkanoc. W czasie postu mamy/powinniśmy/musimy zastanawiać się nad tym. Co ze śmiercią? Czy ten kto jest martwy, nie jest i tak o wiele samotniejszy, niż największy egoista za życia? Chyba, że chodzi tu o jakieś spotkanie w zaświatach.

Wiemy, że u tzw. owadów społecznych, pszczół czy mrówek, należące do społeczeństwa jednostki poświęcają się dla dobra ogółu. Mrowisko lub ul pszczeli uważane są za jeden zbiorowy organizm. Przeżywająca jednostka nic nie znaczy. Albo wszyscy do gromady, albo nikt. Lecz w przypadku ludzi wygląda to zupełnie inaczej! Zwykle mamy skłonność lekceważyć całość, więcej, drażni nas, gdy ktoś czyni z nas stado, a jeśli nauczycielka czy pielęgniarka poświęca się dla innych, a matka nieuleczalnie i długotrwale chorego dziecka poświęciła jemu własne życie, to czy ktoś to w ogóle zauważy? Ma to jakiś sens? Czy przypadkiem odpowiedź na te pytania nie leży gdzieś w zaświatach, gdzie nie da się zmierzyć, zbadać i uwierzyć, czy naprawdę tak jest, że po śmierci Bóg szczodrze nas wynagrodzi i doda nam przyjaciół w niebie?

Cóż, nie uważam siebie za najbystrzejszego i najgorliwszego z uczniów Jezusa Chrystusa. Czasami więc nachodzą mnie myśli: czy robił bym to, co robię, gdyby po śmierci niczego nie było? Gdyby nie było Boga i wskrzeszenia zmarłych? Po co miałbym umierać jak ziarno pszeniczne za drugich, jeśli po tym nie czekałaby mnie żadna nagroda? Przychodzi mi wtedy bardzo prosta i jasna odpowiedź: mój tata i moja mama umarliby za mnie, poświęciliby się za mnie, gdyby była taka potrzeba. Nie pytaliby się, za co, po co. Zrobiliby to, nawet gdyby nie wiedzieli, co ze mnie wyrośnie. To jest miłość. Miłość, która zmienia świat, nawet gdy nas już tu nie ma. Miłość, o której mówi się, że jest w stanie rozgrzać serce. Pobudzić, dodać odwagi. Otworzyć oczy. Pomóc innym, by łatwiej im się żyło. By w ogóle żyli...

Być może, taka miłość istnieje również po śmierci. Lecz jeszcze tego nie wiemy. Jezus jednak to obiecał, tak więc z odpowiedzią na pytania trzeba poczekać – w ogóle, z odpowiedzią na wiele pytań trzeba poczekać aż do śmierci… Lecz jestem całkowicie pewien tego, że Jezus Chrystus również uczynił wszystko po to, by przynieść tę miłość z tamtego świata w nasz. By nie tylko rodzice, lecz również obcy ludzie czuli tę miłość do obcych sobie osób. W Jego pojęciu to żaden pszczeli altruizm. Chociaż właśnie wiara Jezusa nie jest indywidualistyczna a czyni z nas, rozbitych jednostek na powrót jedną społeczność.

Na osoby, których życie skierowane jest na innych czyha wiele pokus i pułapek. "Bądźcie asertywni, nauczcie się innym odpowiadać Nie!" słyszymy dookoła siebie. Większość światowego przemysłu ułatwia i umożliwia egoistyczny sposób życia. Sprawia, że myślimy o sobie jako o wyjątkowych trutniach będących w stanie samotnie przeżyć zimę. A Jezus przeciwnie, mówi, że kto miłuje swe życie, straci je.

Każdy z nas jednak pewnego dnia umrze. Chodzi więc o coś innego. Jezus nie powiada o ziarnie, które z wiekiem zamieni się w proch spoczywając bezpiecznie w spichlerzu. Nie mówi też o kołowrocie płodzenia i rodzenia. Mówi o dawaniu siebie samego po to, by mogło wyrosnąć coś nowego. To nie oznacza cielesne rodzicielstwo. To najczęściej oznacza świadomy wybór. Wybór pomiędzy samozachowaniem a samoofiarowaniem. I nie jest to jedynie szczodrość – oddawaniu tego, co mamy w nadmiarze. Chodzi o nas samych. By samemu stać się chlebem, którego innym brakuje i o którym mogą tylko pomarzyć.

Wezwanie Jezusa do życia skierowanego ku innym zawiera obietnicę ziemi i nieba. Zrozumieć obietnicę nieba możliwe jest już wtedy, gdy spotkamy w Jezusie prawdziwego Bożego Syna. Zaś obietnica ziemi to naśladowanie Go - a to właśnie jest tą ofiarą miłości, o której mówiliśmy na początku.