08 kwiecień 2014

08.04.2014 | Jan 5, 41-44 

Jezus nie przyjmował chwały od ludzi. Ludzie zaś nie zawsze przyjmowali Jezusa. On zaś uczy nas szukać pochwały u Boga.

Prawdopodobnie większość z nas oczekuje od innych pozytywnej reakcji na nas i na nasza pracę. Ważnym jest dla nas czy ludzie nas szanują, czy znajdujemy uznanie w ich oczach za to co robimy, kim jesteśmy. Chcielibyśmy czuć się szanowanymi a nawet kochanymi obywatelami. Zaryzykuję stwierdzenie, że niektórzy z nas chcieliby być sławni.

Pytanie, czy chcesz być sławny może zabrzmieć w naszych ewangelickich uszach trochę fałszywie, zwłaszcza, jeśli z pojęciem sława kojarzymy gwiazdy kultury pop, a na takiej sławie nam nie zależy – skandale, poruszanie się na granicy między ekstrawagancją a psychiatrią lub detoksem. Lecz chęć doświadczenia pozytywnej reakcji otoczenia, to prawdopodobnie naturalne pragnienie człowieka – spotykać się z przyjęciem, uznaniem. Żeby kucharkom ze szkolnej stołówki dzieci powiedziały "Smakowało nam obiad!", żeby rodzice dzieci posłali kwiaty ich nauczycielce ze słowami: "Dziękujemy za to, że czegoś dobrego nauczyła pani naszego syna." By usłyszeć oklaski po koncercie, wdzięczności w oczach, słowa pochwały po kazaniu...

Jezus z pewnością nie miał na myśli nic złego, gdy wyraźnie radził, byśmy nie skupiali się na uznaniu innych. Z pewnością nie raz dziękował celnikom i wszystkim tym grzesznikom, u których przebywał, jadł i nocował, że dobrze i smacznie Go ugościli. Nie był żadnym niewdzięcznikiem, który odmawiał podzięki za dobrze wykonaną pracę. Widział coś więcej. Rozpoznał, że ten, kto za bardzo skupia się na zyskaniu uznania u innych, sam zapomina często żyć w sposób podobający się Bogu. Cóż, bliższa koszula ciału... Z pewnością i współcześni Jezusa mówili, że lepiej być szanowanym u ludzi za życia niż sobie wyobrażać, iż gdzieś w górze, w niebie przyklaskuje mu Bóg. Ważniejsze było dla nich czynić dobro w taki sposób, by wszyscy dokładnie je widzieli. W końcu i swe życie duchowe byli w stanie dobrze sprzedać – modlili sie na ulicach i jej rogach.

Dziś jednak czasami jest na odwrót – ten, kto publicznie przyzna się do wiary, uważany jest za histeryka czy oszołoma religijnego. A spróbujcie się pomodlić w restauracji, w miejscu publicznym przed jedzeniem – prędzej spotkają nas ironiczne spojrzenia niż podziw i szacunek... Czynić dobro w taki sposób, by porządnie były widoczne i ocenione – to ogólna zasada, bez względu na miejsce i czas. Politycy chwalą się swymi czynami i zasługami, ambulanse oblepione są nalepkami reklamowymi swych sponsorów, przy relacji z koncertów na pasku w dole ekranu wciąż przesuwa się lista darczyńców.

W końcu i ochotnicy z kościelnych organizacji charytatywnych i diakonijnych przy akcjach przeciwpowodziowych pracują w ubraniach z logo swych organizacji, aby wszyscy wiedzieli, kto wylewa wodę z mieszkań powodzian.

Czy tak ma być? Nie powinno dziać się odwrotnie? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Chodzi przecież o public relations, o dotacje, pieniądze, o to, by człowiek potwierdził swą użyteczność i, by jego dobre czyny mogły być kontynuowane! Oczywiście nie chodzi tylko o to. Lecz pomyślmy, koncert charytatywny, który zeszłego roku doszedł do skutku odbył się ponieważ cel był wspaniały – pomoc dla sierocińca na Madagaskarze, lecz również dlatego, że organizowane było to w naszym kościele. Nie pozwolilibyśmy odebrać sobie nikomu logo naszego kościoła! Oczywiście od czasu do czasu doświadczymy anonimowości darczyńcy, uświadamiającej nam, w jaki sposób to powinno funkcjonować, lecz jest to wyjątek. W końcu większość wyznań chrześcijańskich przypomina państwu o swej roli w społeczeństwie w szerzeniu wartości moralnych, wskazują na swą niezbędność i zasługi. Wskazują na swą niezastąpioną rolę w kulturze czy kwestiach społecznych. W większości po to, by zostać zauważonym, docenionym, otrzymując dowody wdzięczności i wsparcie finansowe. Dla kościołów stanowi to ogromne pokuszenie, by temu niewierzącemu światu ukazać, jeśli sam tego nie zauważy, po co tutaj są: Uważajcie, szanujcie nas! Choć trochę... Lecz Jezus uczy swych uczniów czegoś zupełnie innego…

Nie oczekuję chwały od ludzi. I wy jej od nich nie oczekujcie. Tego, kto przychodzi w swym własnym imieniu, przyjmujcie, powiedział. Populizm jednak panuje wszędzie. Taki człowiek myśli sobie: "Uczynię cokolwiek, bym był widoczny, słyszany, by pogłaskali mnie po głowie i poklepali po ramieniu". Lecz między chrześcijanami powinno być inaczej…

Tak naprawdę chodzi to o głębszą perspektywę życia. Szukam sławy u Boga. Aby On mnie pochwalił. W dążeniu do tego powinniśmy być najambitniejsi. Ten, kto chce być chwalony przez ludzi, wciąż się spieszy. Kto zaś szuka chwały u Boga, ten ma czas, jest spokojny, uporządkowany. Apostoł Paweł napisał: "Czy chodzi mi o poklask ludzi, czy Boga? Czy staram się przypodobać ludziom? Gdybym zapragnął tego, przestałbym być sługą Chrystusa." Te słowa jednak nie nakazują izolowania się od świata, arogancji. Przeciwnie, jest to zaproszenie do wolności. Nie uzależniać sensu swego życia od aplauzu mas, od popularności i sympatii. Iść według swego, czy jest na to popyt i zapotrzebowanie czy nie.

Jeszcze chwila i będziemy przypominać ostatnie dni Jezusa w Jerozolimie. Jest On klasycznym obrazem człowieka, którzy swym współczesnym w ogóle nie próbował się przypodobać. Większość z późniejszych uczniów Zbawiciela, reformatorów czy samotników Bożych nie doczekała się ze strony swych współczesnych nawet porządnego pogrzebu. Najważniejsza dla nich była prawda. Szukali chwały u Boga.

Przypuszczalnie samo odwoływanie się do swej często przebrzmiałej chwały i do roli nie do zastąpienia, nie wystarczy…

To miłe uczucie, być uwielbianym i szanowanym. Działa to jak opium. Należeć do tych z zasługami. Być u szczytu sławy. Ile ze swej krótkotrwałej sławy skorzystał Jezus? Motywacja, która mu przyświecała powinna być i naszą. Zdarzyć się może, iż w chwili spotkania z naszym bliźnim staniemy w podziwie, podziękujemy, pochwalimy, zaklaszczemy. Warto jednak zaraz spojrzeć w górę spytać: "Co na to wszystko mówisz Ty, Panie?"