21 kwiecień 2014

Mk 14, 32-42 | Wielki Piątek 2014

Ta historia z udziałem Jezusa nie została opisana w Biblii lecz jestem przekonany, że mogła mieć miejsce. To scena przedstawiająca Jezusa siedzącego pod rozgwieżdżonym niebem w swą ostatnia noc przed pojmaniem, sądem i egzekucją, jeszcze przed Getsemane. Zaczyna się modlić pełen uwielbienia, być może słowami Psalmu: "Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców, dzieła Twoje są wielkie i godne podziwu!". Jezus w tym momencie zadaje sobie pytanie, które zawsze zadawali sobie ludzie: "Po co to wszystko stworzyłeś, dlaczego to wszystko się zdarzyło, Ojcze?" I kiełkuje w nim myśl: "Być może, przygotowałeś to wszystko, Boże, od miliardów lat na ten właśnie jeden moment, gdy spoglądam w niebo, patrzę z wdzięcznością na Twe stworzenie, odczuwam wewnętrzną radość z tego, że mam oczy, aby to wszystko widzieć, umysł, by to wszystko pojąć i serce, aby cieszyć się tym, śpiewać i tańczyć… bo za chwilę to wszystko się zmieni, skończy, bo wchodzę na ścieżkę bez możliwości odwrotu". I my czasami czujemy, że doszliśmy do takiego punktu w życiu, gdy to my jesteśmy tymi, którzy muszą iść dalej. Ktoś to przecież musi zrobić. Nie będzie nikogo innego.

Pozostaje więc wspomnienie piękna, wspomnienie czegoś, kogoś, co daje radość – po to, by choć na chwilę przesunąć w czasie to nieuniknione i po to, by nie dać się pokonać lękowi. To chwila, do której poeta wołał: "Trwaj! Nie odchodź, jesteś tak piękna!" A jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że ta chwila nie będzie trwać wiecznie. Można przyrównać to do aktu zjednoczenia – stajemy się jednością z tym, co widzę, słyszę, czuje i przeczuwam. Przeciwieństwa – to, co przemijające i to, co nieprzemijające – łączą się ze sobą. Pośród szczęścia przeczuwamy obecny w nim koniec. Pośród nieszczęścia i lęku pojawia się przed naszymi oczami wspomnienie piękna i dobra, które dzięki temu staje się w naszej pamięci czymś nieprzemijającym. Chwila obecna i przyszłość zlewają się w jedno. Czas, zwykle umykający bezpowrotnie, Jezus w chwili spojrzenia na swe życie widzi przed sobą jak na dłoni – życie z przyjaciółmi kiedyś, obecny lęk przed cierpieniem fizycznym, ból udręczonego ciała a zarazem pełne czułości, ulgi i radości spotkanie tuż po zmartwychwstaniu z kobietą o imieniu Maria Magdalena.

Spotkałem się niedawno w hospicjum z człowiekiem dojrzałym, umierającym, niewierzącym. Chciał spotkać się z człowiekiem i porozmawiać o swej trwodze. Jak mogliśmy się pocieszyć nawzajem? Osoba Chrystusa była mu obca, by mogła pomóc i ulżyć… Po godzinie rozmowy doszliśmy do wniosku, że zyska on spokój w chwili umierania przypominając najpierw sobie a potem do końca widząc kochające oczy swej matki i… wiernie wpatrzone w niego oczy swego psa!

Na własny użytek pytam czasami osoby, którym czas się wypełnił, jakie słowo chcieliby pozostawić innym, to jedyne, najwłaściwsze, najważniejsze… Oprócz wielu słów, tym najczęściej się powtarzającym jest słowo Miłość… Jezusa nikt i nic nie zmuszało do pójścia na krzyż oprócz miłości do nas!

Te wszystkie kwestie dotyczące wyznań, religii, jak i kiedy wierzyć, kto i kiedy będzie zbawiony – to wszystko zawęża się do tej prostej i podstawowej relacji Boga z człowiekiem i między ludźmi – bycie ze sobą, dotyk ręki… Pojednanie, wybaczenie, przeproszenie, zamknięcie ran…

W niemieckim kościele ewangelickim ogłaszana jest rokrocznie akcja wielkopostna pod hasłem "Siedem tygodni bez" – kilka lat temu opatrzono ja mottem "Rozrzutność!" z podtytułem : "Siedem tygodni bez skąpstwa". Skomentowano to tymi słowami: "Świat, zdominowany przez skąpstwo, zmierza ku drugiej katastrofie klimatycznej, tym razem o charakterze społecznym: na zewnątrz – globalne ocieplenie, wewnątrz – epoka lodowcowa zimnego wyrachowania. Tym, czego potrzebujemy my, chrześcijanie i wyznawcy innych religii, wierzący i niewierzący, to pełna rozrzutności miłość, bo to ona nas ożywi. Trwońmy więc czas na przyjaciół, trwońmy nasze pieniądze na dobry cel, cieszmy się życiem i pozwólmy innym cieszyć się sobą!" Trwońmy czas na drugiego człowieka, "Pozwólmy się pokochać i sami spróbujmy pokochać, zanim będzie za późno" (Johnny Cash).

Bernard z Clairvaux zapytał kiedyś: "Dlaczego i jak bardzo mamy kochać Boga?" i udzielił sam na to odpowiedzi: "Przyczyną, dla której powinniśmy kochać Boga, jest sam Bóg. A właściwą miarą miłości jest brak jej umiaru". Bezgraniczne wysławianie stworzenia, radość z powodu Jego darów i hojne obdarowywanie innych miłością, czyli radość życia – dzięki temu zbawienie spełnia się w tym maleńkim punkcie kosmosu jakim jest nasza Ziemia i w naszych sercach.

Modlitwa Indian północnoamerykańskich:
"Daj mi iść przez Piękno i Dobro. Spraw, aby moje oczy zawsze pełne były widoku purpurowych zachodów słońca i kochającego spojrzenia tej jedynej miłości. Spraw, aby moje ręce miały szacunek dla Twego stworzenia. Spraw, by mój słuch był tak wyostrzony, żebym słyszał Twój głos. Daj mi mądrość, bym lepiej zrozumiał to, czego nauczasz. Daj mi dostrzec lekcję życia, którą zawarłeś we wszystkich kamieniach i kwiatach, liściach i ptakach. Szukam siły – nie po to, by pokonać mojego brata, ale by walczyć z moim największym wrogiem – z samym sobą. Spraw, abym zawsze był gotów przyjść do Ciebie z czystymi rękoma i nie zmąconym spojrzeniem. A kiedy życie zgaśnie – jak gaśnie zachód słońca – niech duch mój, idąc do Ciebie nie musiał się wstydzić".