10 listopad 2013

10.11.2013

Przychodząc do kościoła rozglądam się i często widzę całe rodziny kilkupokoleniowe grupy osób, dla których nabożeństwo jest czymś ważnym. Pytam się czasami ich, dlaczego tu przychodzą a oni odpowiadają, że przecież wierzą i tak już było w ich rodzinie od pokoleń. Wtedy zadaję sobie pytanie: „Jak to jest z tym przekazywaniem tradycji – odgrywa jeszcze jakąś rolę, jest zbawieniem czy przekleństwem?”

O Jezusie mówi się często „cieśla z Nazaretu“. W filmie Mela Gibsona „Pasja“ pokazany jest Jezus tworzący stołki dla miejscowych bogaczy. Można spytać dlaczego? Dlatego, że w tamtych czasach rzeczą oczywistą było, iż zawód się dziedziczyło.    Ojciec był cieślą, syn był cieślą, jego syn również. Ojciec był pasterzem, pasterzem był jego syn. Dziadek był garncarzem, chłopiec to przejął, a wnuk był – niesłychane! – również garncarzem! Nic w tym dziwnego, funkcjonowało to w ten sposób tysiące lat. I dlatego mówimy o Jezusie cieśli!

Podobnie było z wiarą. Dziadek należał do ludu Pana, był obrzezanym Izraelitą. Podobnie miała się rzecz z ojcem, tak samo z synem i wnukiem. Nie istniała żadna inna możliwość. Szczegółowe Boże Prawo, zwane Mojżeszowym, na nic innego nie pozwalało. Każdy, kto zdradzał imię Pana, musiał umrzeć. Wreszcie, nieposłuszne i uparte dzieci, które nie słuchały rodziców, miały być publicznie ukamienowane. Nie wiemy, w jakim stopniu te prawa były przestrzegane, ale spróbujcie w takiej atmosferze mieć inne zdanie. Dzisiaj jesteśmy wstrząśnięci wiadomością z prowincji tureckiej, w której zakopali żywcem dziewczynę, która śmiała chodzić z chłopcem z obcej wioski za rękę, lecz w Starym Testamencie ok. trzy tysiące lat temu było podobnie.

Zachowaniu wiary swych przodków służyły społeczne zwyczaje i rytuały – podobnie obcięte włosy, pejsy, frędzle u szat, wciąż to samo pożywienie, zakaz zawierania małżeństw z obcymi.

A jak to dzisiaj wygląda? Zadam pytanie: które z waszych dzieci lub kto z was przejął zawód po rodzicach? I jeszcze jedno pytanie: kto z was lub które z waszych dzieci przejęły wiarę po poprzednich pokoleniach? Albo pytanie dotyczące codzienności: ilu z was ubiera się podobnie i spożywa podobne jedzenie jak rodzice? Cóż...żyjemy doprawdy w całkowicie innych czasach – tradycja nie odgrywa już takiej roli jak wcześniej. Dobrze to czy źle?

Nie jest trudno wyobrazić sobie sytuację, w której ojciec cieśla – chrześcijanin ma syna, analityka komputerowego, w dodatku jest on buddystą, który nie tylko nie je kotleta wieprzowego z kapustą bo jest wegetarianinem, ale jeszcze ma na głowie dredy i ubiera się w lateks w dodatku ma żonę Japonkę, chociaż tak naprawdę nie jest jego żoną, ponieważ żyją w wolnym związku choć posiadają już trójkę dzieci. Uff!

Cały świat wygląda jak centrum handlowe wypełnione wszelkimi produktami, wśród których możemy wybrać sobie, co chcemy: ubiór, zawód, styl życia, religię. Najbardziej nieprawdopodobne konfiguracje! Podczas gdy, przed tysiącami laty, gdy powstawał Biblia, ludzie mieli do wyboru albo kamieniem w głowę albo Pana, dzisiaj przekazanie wiary naszym dzieciom jest o wiele cięższe. Często się nie udaje...

Nie powinniśmy jednak sobie wyobrażać, że dzięki temu kamieniowaniu było łatwiej. I przed trzema tysiącami laty dobrze wiedziano o sile wychowania. Izajasz napisał: „Ojciec zaznajamia swych synów z Bożą wiernością“. Rodzice powinni wytłumaczyć te niezwykłe więzy wierności pomiędzy Panem a Bożym ludem. Nigdzie nie jest napisane, że im się w tym zawsze powiedzie. Lecz rodzicielska rola w przekazywaniu wiary jest niepodważalna. Nie księgi, nie księża. Lecz ojciec synowi, matka córce. Religia w szkołach może w jakimś sensie pomóc. Lub zaszkodzić. Emisje nabożeństw radiowych mogą zaciekawić. Lecz ojciec i matka są pierwszymi i najważniejszymi misjonarzami. Myślę, że w tym przypadku nic się nie zmieniło. Dzieci doświadczając wierności swych rodziców doświadczają również wierności Boga.

Prastary tekst z Deuteronomium opisuje sytuację, gdy dziecko sie pyta: „Dlaczego właściwe wierzymy? W kogo wierzymy? Skąd się wzięła twoja, tato, wiara? Dlaczego, mamo, mamy słuchać Boga?“. I na kształt starego katechizmu Biblia podpowiada odpowiedź: „Widzisz, synku, byliśmy kiedyś niewolnikami. Nie byliśmy wolnymi i szczęśliwymi ludźmi. Lecz Pan Bóg nam pomógł. Dał nam wolność. Przeszliśmy suchą nogą przez morze. Wydzielił dla nas nową ziemię wśród tego świata, gdzie możemy być Jego ludem. Dobrze nam poradził, w jaki sposób mamy żyć, aby nam się dobrze wiodło. Dał nam swoje Prawo. Jeśli będziemy sie kierować tym Prawem, będziemy w oczach Boga sprawiedliwi.“

Gdy tak się człowiek zastanawia nad tymi słowami, to jako chrześcijanie możemy w nich widzieć symbolikę chrztu. Nie jesteśmy Żydami, nie jesteśmy Izraelitami. Lecz zostaliśmy ochrzczeni. A chrzest oznacza drogę przez wodę. Drogę wspólną z Chrystusem, ze śmierci do życia. Do życia, w którym kierujemy się słowami i czynami Jezusa.

Ciekawe. Cały proces religijnego wychowywania dzieci Stary Testament opisuje w bardzo prosty sposób: objaśniać, tłumaczyć dzieciom drogę przez wodę. Wszystkie inne dokładne instrukcje, nakazy, przykazania, co robić, a czego nie są drugorzędne. Najważniejsze to uświadomić sobie i przekazać to, w jaki sposób Bóg nas znalazł, ochronił i zmienił. To jest świadectwo osobistego doświadczenia.

Opowieść o czymś, co sami musimy przeżyć.

Tak naprawdę przejście przez morze czy chrzest są symbolami całej wiary. Czymś, ku czemu wciąż wracamy i co przeżywamy. Wciąż w nowych i zmiennych sytuacjach. Tłumaczymy je nie tylko dzieciom ale i sobie samym. Przez całe życie.

Nie potrzebujemy być cieślami, tak jak nasi ojcowie. Nasze dzieci mogą wybrać całkiem inną drogę. Nie jesteśmy jednak bez wpływu, jaką wybiorą drogę. Wychowanie jest procesem, którego nie można już od początku zaniechać. Powiedzieć: „Niech sami zdecydują!“ może tylko ten, kto uczynił wszystko, by zdecydowały dobrze. W naszej historii to syn rozpoczyna rozmowę pytaniem – sam się pyta, jak to naprawdę z tą wiarą jest. Nie wszystkie jednak dzieci zadają takie pytania. Nie jest to lekkie – niektórzy ojcowie, rodzice czekają na nie cały żywot. Nieważne, kto kogo pierwszy zapyta. Ważne jest jednak, by o wierze wspólnie mówić. Zawsze można kiedyś zacząć w ten sposób rozmowę, która okaże się tą najważniejszą.

ks. Michał Jabłoński