29 grudzień 2013

29.12.2013

Dzisiejsza niedziela w rzymskokatolickim kalendarzu liturgicznym nazywa się Niedzielą Świętej Rodziny. Dlatego dzisiaj w kościołach rzymskokatolickich w trakcie nabożeństw odczytany zostanie list biskupów na temat stanu współczesnej rodziny, zagrożeń i wyzwań.

Zazwyczaj z okazji tego święta kaznodzieje popełniają dwa podstawowe błędy. Albo słodko rozpływają się nad idyllicznym obrazkiem Świętej Rodziny, albo straszą te współczesne odmiennością, jaką przedstawiają w porównaniu do tej ostatniej.  A dzieje się tak dlatego, że często przenoszą oni bezwiednie na tekst biblijny wyidealizowany model patriarchalnej dziewiętnastowiecznej rodziny – rodziny, w jakiej już nie żyją słuchacze i jaką z pewnością nie była rodzina z Nazaretu. Żyła ona dwa tysiące lat temu w innych warunkach kulturowo-społecznych. Na temat ówczesnych warunków rodzin można dowiedzieć się ze studiów etnograficznych o stylu życia Żydów w cesarstwie rzymskim i doprawdy trudno dzisiaj do nich się dostosować i brać je za swój wzór.

Nie można w sposób dosłowny zachęcać współczesnego człowieka do naśladowania większości tekstów biblijnych, w których mowa jest o życiu rodzinnym. Ten typ rodziny patriarchalnej, opartej na bardzo silnej pozycji mężczyzny, na posłuszeństwie kobiet i dzieci, poskramianych częstym biciem – to model, którego nie da się już przywrócić. Jeśli usiłuje się do nich powrócić to najczęściej kończy się to tragedią. Powinno się przyjąć z wdzięcznością wiele rzeczy, które od tamtego czasu uległy radykalnej zmianie. To uświadomienie sobie godności każdego z członków rodziny, kobiety, mężczyzny i dziecka, przestrzeni potrzebnej dla ich pełnego zrealizowania w życiu, docenienie równouprawnienia układu partnerskiego i rodzicielskiego, a nie podporządkowania i uniżonego posłuszeństwa, jako podstawy związku rodzinnego. Wszystkiego, co zawarte w Biblii nie jest możliwe skopiować, to wręcz szkodliwe.

W końcu, gdy uważnie przeczytamy Biblię, to stwierdzimy, że również w czasach biblijnych życie rodzinne nie zawsze było tak idylliczne urządzone, jak nam to przedstawia sentymentalna tradycja. Z dzisiejszego tekstu dowiadujemy się, jak to Jezus zgubił się swym rodzicom i powstał z tego powodu konflikt w świętej Rodzinie. Rodzice z wyrzutem pytają się Jezusa o powód Jego zagubienia, a On nie mógł tak do końca wyjaśnić rodzicom, co czyni i dlaczego, ponieważ w tamtej chwili nie byli jeszcze w stanie tego zrozumieć - sam Jezus nie miał do końca rozwiniętej tożsamości mesjańskiej i po prostu w okresie dojrzewania płciowego tak za bardzo nie wie się do końca, czego się tak naprawdę chce i jaka siła popycha człowieka do działania.
Tak więc również w świętej Rodzinie mogło się zdarzyć coś takiego jak nieporozumienie i konflikt. „Świętość rodziny” nie polega na tym, że nie ma tam żadnych konfliktów, lecz raczej, w jaki sposób tego rodzaju napiętym sytuacjom członkowie tej rodziny mogą sprostać i rozwiązywać je – czy na przykład rodzice są zdolni uszanować tajemnice i rozwój psychofizyczny swego dziecka, a to jest zawsze zagadką, i czy z drugiej strony dojrzewający młody człowiek, mimo iż czuje się powołany do rzeczy, które przekraczają rodzinny horyzont, pojęcie, tradycje i oczekiwania, potrafi żyć w tej rodzinie nie raniąc ustawicznie swych rodziców i nie prowokować ich, i czy wreszcie obydwie strony potrafią czasami zrezygnować ze swoich ambicji i spojrzeć oczami tego drugiego.

Słyszymy często, że w naszym europejskim społeczeństwie istnieje ogromny kryzys rodziny – nic więc dziwnego, ze i Kościoły nawołują do podtrzymywania stabilności życia rodzinnego. Jest to trudne zadanie i nie pomogą tu moralizujące wezwania, wypływające zazwyczaj z ust osób, mężczyzn, nigdy rodzin nie posiadających, czy nawet osobista dobra wola – w grę bowiem wchodzi wiele czynników społecznych, ekonomicznych, politycznych, religijnych – jeśli więc Kościół przedstawia współczesnemu człowiekowi jako idealny wzór rodzinę z epoki społeczeństwa tradycyjnego, epoki, która już nie powróci, pomijając przy tym wszystkie te czynniki mające wpływ na rodziny dzisiaj, to zachowuje się nieodpowiedzialnie. A ciągłe piętnowanie i winienie za całe zło wszelkich „izmów” – konsumpcjonizmu, hedonizmu, materializmu, egoizmu, czy wreszcie genderyzmu, stało się nadużywanym kościelnym i jednostronnym straszakiem, których już nikt nie traktuje poważnie. Czy naprawdę tylko te „izmy” szkodzą współczesnym rodzinom – przypomina mi się pewna maksyma: „Największymi szkodnikami Kościoła są sami ludzie Kościoła”…. A tak naprawdę, to powinno zaufać się samym rodzinom i ich mądrości codziennej w wychowywaniu a nie próbować je kształtować w sposób nieaktualny, szkodliwy i krzywdzący…

Zawsze zastanawiam się, czy Maria wychodząc za Józefa była w nim zakochana? Czy zawarli małżeństwo na zasadzie wzajemnej miłości i wzajemnej relacji uczuciowej? Prawdopodobnie zostali oni wybrani przez rodziców czy głowy rodów, ze względu na interes ekonomiczny, co było częsta praktyka przez stulecia – a oboje małżonkowie byli skazani niejako na to, by po prostu z czasem przywyknąć do siebie. O dziwo, nic nie wskazuje na to, by w tamtych i późniejszych czasach małżeństwa te były mniej szczęśliwe i mniej stabilne niż w ostatnim stuleciu, kiedy to właśnie uczucie decyduje głównie o chęci bycia razem dwojga ludzi. Nie chcę tu namawiać do zawierania „małżeństw kontraktowych”, lecz czy naprawdę stan emocji musi mieć ostatnie i decydujące słowo?

Prawdopodobnie, duchowni i kaznodzieje, w szczerym dążeniu do obrony zagrożonych „wartości rodzinnych” często ideologizują rodzinę. Nie chodzi tylko o to, by narzucać kontrowersyjny ideał rodziny chrześcijańskiej liczącej do kilkunastu członków. Chodzi też o to, by kładąc często przesadny akcent na rodziny nie zapomnieli o godności tych, którzy z różnych powodów nie mają własnych rodzin – tych, którym małżeństwa się rozpadły, zostali opuszczeni przez swych partnerów, tych o innej orientacji seksualnej, tych którzy bali się, nie mieli dość zdecydowania w sobie lub po prostu nie mieli tyle szczęścia, by znaleźć tego właściwego partnera.  Takich osób wśród nas jest coraz więcej…

Obawiam się, że straszeniem, napominaniem, ganieniem czy potępianiem uczyni się więcej szkody niż pożytku – poczują się oni wśród „prawdziwych chrześcijan” ludźmi niższej kategorii, jeszcze bardziej pognębionymi i przygnębionymi, a jeśli wspólnota kościelna ma być rodziną duchową, to ta rodzina musi być otwarta również na nich. Przyznajmy, że dotyczy to również nas samych – nam również nie zawsze się szczęści w naszych rodzinach, w kontaktach z parterami, dziećmi i wnukami… Zamiast demonizować zło, wzmacniać dobro – pocieszać i pokrzepiać uświadamiając ludziom ich dobre cechy i starania zamiast pognębiać i zniechęcać ukazując ich grzeszność i słabość…

„Kto jest moją rodziną? To są ci, którzy czynią wolę Bożą”. A wolą Bożą jest pojednanie, wybaczenie, miłość Boga i bliźniego i otwartość na nich.