07 styczeń 2014

05.01.2014

Witam serdecznie w wigilię Święta Epifanii – objawienia Boga w świecie i każdemu człowiekowi z osobna. Jest powiedziane, że święto Epifanii przypomina o światłości, jaka przyszła na świat w Jezusie Chrystusie dla wszystkich ludzi. Dlatego też w dniu tym i jutrzejszym w wielu Kościołach mówi się o spojrzeniu starych doświadczeniem domowników wiary na przychodniów w nasze progi i odwrotnie – o tym, w jaki sposób nas postrzegają osoby, które pragną się znaleźć w naszym towarzystwie bynajmniej nie przypadkowo.

Najczęstszym i tradycyjnym obrazem Święta Epifanii to Mędrcy oraz pasterze otaczający Rodzinę. Są więc tam i mądrzy i prości. Te dwa bieguny, prostota i mądrość, leżą w sposób naturalny blisko Tego, który narodził się w Betlejem. Czego oczekiwali Mędrcy przebywając tak ogromną drogę ze swojego kraju do Betlejem? Prawdopodobnie odpowiedzi na pytanie, kim jest Ten, którego narodzenie zwiastuje gwiazda. Szli długo mając tę obietnicę głęboko schowaną w swym sercu. Obietnicę wskazówki dotyczącej celu i sensu życia.

Wykonując teraz „skok we współczesność” warto zapytać siebie i innych, czego dzisiaj od nas, uczniów Narodzonego w Betlejem spodziewają się poszukujący celu i sensu życia? Bo przecież istnieje grupa naszych bliźnich, która różni się od nas a jednocześnie z nadzieja patrzy w nasza stronę. Są to ludzie, którzy zadają pytania w taki sposób, że sięgają nimi do sedna rzeczy. Pytają w sposób jasny, prosty, kłopotliwy dla nas, nie patrząc na konwenanse, nie umiejący poruszać się po polu minowym naszych rodzinnych tradycji, koneksji i sposobów myślenia, narażając się tym samym na zarzut braku szacunku, kindersztuby czy wyczucia. Są w pełni dziećmi swej epoki i jej kultury, choć nie przyjmują jej bezkrytycznie, ich krytyczny dystans nie ma jednak charakteru ucieczki, negacji i wypierania. Są to ludzie o sercu po augustiańsku niespokojnym, dla którego dzisiejszy świat nie jest przygnębiająco wielki i skomplikowany, lecz raczej zbyt ciasny i zbyt pospolity. Dla nich wiara będzie swoistym protestem przeciw bezmyślności w religii, która zapomina, że chrześcijaństwo jest żywym nurtem, a nie zakurzoną skrzynią, na której siedzi leniwa i pewna siebie część chrześcijan, nie kwapiąc się by do niej rzeczywiście zajrzeć. Wiara tych ludzi będzie ustawiczną drogą, nieskończonym poszukiwaniem.
Powinniśmy przyjąć do wiadomości, że będziemy spotykać się coraz częściej z takimi bliźnimi, którzy zechcą iść z nami tylko kawałek drogi albo nie zechcą podzielić w pełni wszystkiego, co wiąże się z naszym Kościołem.

Jaka więc powinna być nasza odpowiedź na ich pytania, nasz stosunek do nich?

Nie powinno ich się od razu posądzać o rozkapryszoną wybredność, indywidualizm, brak dyscypliny, pychę. Powinno się uszanować fakt, że są to inne owce, z innego stada lub owczarni i nie powinno się niszczyć ich odmienności. Uważam, że powinien cechować nas ogromny szacunek dla przekonań każdego człowieka i niechęć do odbierania komukolwiek jego poglądów. Jestem głęboko przeświadczony o prawdziwości wiary chrześcijańskiej i o tym, że powinna być ona proponowana wszystkim, jednakże międzyreligijny dialog i rozmowy z ludźmi, którzy z wielu przyczyn uważają się za ateistów, już dawno doprowadziły mnie do przekonania, że my chrześcijanie nie mamy monopolu na prawdę. Jestem daleki od misjonarskiej gorliwości chrześcijan wynikającej z przekonania, że kogo nie pozyskamy do naszej trzody, tego oddajemy piekłu. Bardziej niż zdanie: „Kto nie jest z nami, jest przeciw nam”, przemawiają do mnie słowa: „Kto niej jest przeciw nam, jest z nami”.

Powinniśmy pokazać, że jesteśmy powołani przez Pana i temu powinna towarzyszyć świadomość powołania. Ta świadomość, że „jestem wezwany”, poprzedzać powinny pytania „przez kogo” i „do czego”. Człowiek, który postrzega swoje życie jako powierzone zadanie, musi wystrzegać się dwóch wypaczeń, pokus: pierwszej – nie wolno poddać się zapatrzeniu w siebie, poczuciu wyjątkowości, które prowadziłoby go do samo wywyższania i pogardy dla innych ludzi. Po drugie – powinien uświadomić sobie, że być powołanym znaczy zostać postawionym na drodze – a na drodze tej może dochodzić do wielu przemian, najczęściej nas samych zaskakujących.

Kim jesteśmy dla poszukujących? Cóż, stosunek wielu poszukujących, do nas chrześcijan znamionuje miłość, która została kiedyś zraniona, oczekiwanie, które zamieniło się we frustrację, paląca tęsknota, która nie doczekała się dostatecznego spełnienia. Często w oczach poszukujących jesteśmy obietnicą, której nie możemy spełnić swoim życiem. Czy jesteśmy w stanie nie rozczarować ich po raz kolejny? Czy przyjęcie do zboru nowej osoby jest tego dowodem? Odpowiedzmy sobie na to w swych sercach… Więc, jacy mamy być, aby nie odstraszać a przyciągać?

Warto zwrócić uwagę, że Jezus myśląc o tych, którzy będą kontynuować dzieło apostołów, wybrał porównanie do dwóch zawodów – rybaków i pasterzy. Przybierająca formy religijnego natręctwa misjonarska gorliwość niektórych chrześcijan jest dla mnie nie do pogodzenia ze wspomnianymi dwoma obrazami, pasterza i rybaka. Obydwie profesje wymagają przede wszystkim cierpliwości i umiejętności czekania, jak również niezbędnej porcji odwagi – pasterz musi obronić stado przed wilkami a rybak przeczekać sztorm na morzu. Rybak musi umieć wypłynąć na głębię, a pasterz wiedzieć, którędy przez nieprzyjazne obszary prowadzi droga do źródeł, gdzie jest oaza. Jednakże cechą, na której Jezus przede wszystkim opiera swe porównanie, jest ofiarność. Dobry pasterz w odróżnieniu do nieodpowiedzialnego najemnika zarówno zna swe owce, jak i gotów jest ich bronić za cenę życia, ponieważ ma poczucie odpowiedzialności za nie, zależy mu na nich, kocha je.

Dobry pasterz również powinien umieć dobrze liczyć – w przeciwnym wypadku, jak odkryje, że w stadzie brakuje tej jednej zagubionej owcy?

Czego uczą mędrcy ze Wschodu tych wszystkich, którzy chcą wierzyć w Boga, chcą Go znaleźć, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać?

Ponieważ są mędrcami, uczą jak najprościej:

Uczą, żeby Go odnaleźć, nie wystarczy tylko rozmyślać – trzeba zacząć Go szukać. Trzeba ruszyć się z miejsca, choćby najbardziej wygodnego, nie bać się drogi przez pustynię, niezrozumienia ze strony swych najbliższych, nie załamywać rąk, jeśli gwiazda zgaśnie.

Ten, kto umie pływać, wie, że chcąc dostać się na drugi brzeg najpierw musi odważnie wejść do wody, nie wiedząc jeszcze co dalej. Nie zniechęcać się, że wciąż daleko od drugiego brzegu. Odnaleźć Boga – to zrozumieć: Bóg jest tak nieskończenie wielki, że nie zdoła Go ogarnąć cały wszechświat, i jednocześnie tak bliski, że może przyjść jako bezbronne dziecko.