J 20, 11-18 | Wielkanoc 2014

Jak to często bywa w ludzkim życiu, w chrześcijaństwie zwłaszcza, wiele wielkich, decydujących momentów ma swój początek w ciemności i zwątpieniu ogarniających duszę ludzką. O tym mówi się w Wielki Piątek, o tym światełku nadziei dostrzeganym na dnie rozpaczy.

Dzisiaj również widzimy kobietę, której życie nagle zostało pozbawione sensu, stało się puste i ciemne. Przeżywała ona żałobę, ponieważ straciła to, co było dla niej najdroższe – obecność Jezusa. Jednak, w odróżnieniu od większości uczniów, wraz z Matką Jezusa, Jego ciotką i uczniem Janem stała pod krzyżem, bardzo blisko, przeżywając okrutną śmierć Jezusa, w męczarniach i wytrzymała to doświadczenie. Ale to doświadczenie przyniosło jej uczucie pustki.

Ta pustka stała się dominująca u Marii, matki Jezusa, Marii Magdaleny, uczniów – stracili syna, ukochanego, przyjaciela i Mistrza – nie do zastąpienia niczym i nikim innym. W naszym życiu zdarzyć się może poczucie nicości, braku, odjęcia czy bezpowrotnej śmierci cząstki nas samych… odejście drogiej osoby, koniec miłości, utrata pracy… Tego się boimy, w modlitwach prosimy, by nas to nie dosięgło, bo czujemy, że tej pustce, wrogiej i niszczącej nas, nie zdołamy się przeciwstawić – wchłonie nas i tak wydrążonych pozostawi wśród życia innych. Pozostaje albo apatia albo ucieczka w ruch i gorączkową pracę, skupienie się na detalach życia, jak to miało miejsce w przypadku kobiety idącej w zaaferowaniu do grobu Jezusa.

A jednak, wydaje się w niektórych przypadkach, że cała ta nicość nie jest tak wroga i groźna. Bez nicości nie powstałoby stworzenie. Nicość wydaje się być czymś, czym dla malarza jest płótno, dla pisarza niezapisana kartka czy dla muzyka cisza. Herbart von Karajan powiedział kiedyś, że najważniejszą częścią utworu muzycznego są dla niego pauzy – chwile ciszy między dźwiękami, próżnia między wyspami brzmienia.

Puste przestrzenie, o wiele więcej, niż chcielibyśmy dostrzec, wbudowane są również w nasza codzienność. Virginia Woolf celnie ujęła to: "Każdy dzień zawiera w sobie więcej nie-bytu niż bytu. To, co w nim dobre, otulone jest nieokreśloną powłoką z waty. Wychodzę na spacery, jem, oglądam to, co się da, i zajmuję się tym, co konieczne – workami do odkurzacza, kolacją, napisaniem listy zakupów dla Mabel. Na moje dni w dużym stopniu składa się owa wata, ów nie-byt".

Wróćmy teraz do naszej historii. Trzeciego dnia po śmierci Jezusa, Maria udaje się do grobu, musi coś robić by nie oszaleć… Scena, która następuje po tym, jest jedną z piękniejszych w Nowym Testamencie.

Widzimy najpierw aniołów. Aniołowie, jak to mają w zwyczaju, przekraczają barierę czasu. Aniołowie nie zawsze, jak to było w tym przypadku, dają odpowiedzi, ale ich obecność ukazuje, że odpowiedź istnieje – taka jest natura aniołów.

A odpowiedź znajduje się z tyłu, za plecami Marii. Kobieta odwraca się. Groby zwrócone są ku wschodowi, Maria musi zwrócić wzrok ku wschodzącemu słońcu, widzi jedynie sylwetkę postaci. Postać zadaje to samo pytanie, co aniołowie. Maria opowiada więc o swym strapieniu.

To, co następuje potem jest błyskiem, wybuchem, porywem gwałtownego wiatru i rodzi się tylko w jednym słowie: "Mario!". Maria słyszy swe imię, a więc nie może to być obcy jej ogrodnik. Być może kobieta także rozpoznaje głos. W każdym razie nastaje chwila bardzo intymnej bliskości, które pobudzają obrazy z przeszłości. To Jezus przecież tak zawsze wołał na nią w ten sposób. Kobieta przypomina sobie wspaniałą woń olejku, każdy moment wspólnoty z Jezusem. Następuje całkowicie inna perspektywa, która przeważa nad poprzednią – pustka straty zostaje wypełniona obecnością!

Ktoś, kto chce zapakować coś cennego, owija to w watę. Tak zatem to, co nieważne, puste, na pozór bez znaczenia, jest być może tak samo ważne jak najcenniejsze chwile naszego życia. Chodzi jednak o to, by umieć je dostrzec pośród zwojów waty i materiału do pakowania. To, co jest diamentem, a to, co jest watą, można sobie uświadomić często dopiero z perspektywy czasu – jednego, trzech dni, roku, kilku lat.

Z nicości Bóg stwarza życie – wciąż na nowo. Mistycy podkreślali, że ten, kto chce spotkać Boga musi powrócić do nicości. Jak to uczynić? Mistrz Eckhart: "Jeśli zamierzam napisać coś na woskowej tablicy, przeszkadzać mi będzie wszystko, co jest na niej już napisane: choćby to było cos najszlachetniejszego, nie będę mógł pisać. Muszę najpierw zetrzeć i usunąć to, co jest na niej. Tablica najlepiej nadaje się do pisania wtedy właśnie, kiedy zupełnie nic na niej nie ma".

Zetrzeć tablicę – jakże prosto to brzmi. Jest to jednak takie trudne, bo nie jesteśmy niezapisanymi kartami. Któż nie pozostawił swych śladów w naszych sercach i naszych umysłach! Na tablicy naszej duszy zapisane są wydarzenie, miejsca, twarze, obrazy i prawa. Kryje się w niej lęk przed pustką i wstręt do próżni, wypływające zapewne z obawy, że śmierć silniejsza jest niż życie.

Z tego powodu podstawową wieścią Wielkanocy jest wypełnianie nicości życiem.
W jaki sposób to się może stać? Ta pustka prawdopodobnie nigdy nie zostanie zapełniona, nadpisana, wyparta czy "anulowana", lecz może zostać przemieniona – być może pamiętacie jak kilka lat temu powiedziałem, że najgłębszą radością jest przemieniony ból? Tak więc i nasze rany, te najgłębsze i najboleśniejsze, pustka, ta najciemniejsza i wszechogarniająca, jeśli dotknięte rękami i głosem Chrystusa, nie znikną i nie przestaną boleć, lecz zostaną przemienione w taki sposób, który sprawi, że pogodzimy się z nimi i przyjmiemy je z wielkodusznym TAK i odkryjemy w nich wzmacniający i dający nadzieję sens.

Nie gonię za wielkimi rzeczami, zbyt niezwykłymi dla mnie. Przeciwnie, jestem wreszcie spokojny i cichy. Jak niemowlę przy piersi matki tak spokojna jest dusza moja. Człowieku, zaufaj Panu, teraz i na wieki!