Ez 34,1-16 | 04.05.2014

To surowe, rygorystyczne i szczegółowe proroctwo, głęboka analiza społeczna. Napiętnuje nadużycia występujące w świecie już przed dwoma i pół tysiącami lat! Będąc świadkiem manifestacji pro i antyunijnych pod wszelkiego rodzaju hasłami domagającymi się równości, poprawy bytu, objawów gniewu przeciwko władzy, korupcji – uśmiechnąłem się gorzko – jakaż wyjątkowa zgodność tekstu z rzeczywistością! Tak naprawdę nic się nie zmieniło od tysiącleci...

Ostrożnie jednak podchodziłbym do prób identyfikowania Bożej krytyki z głosem ludu. Znamy z historii ogromne manifestacje, 1 majowe na przykład, ze skandującymi jednym głosem tłumami ludzi, a Boga w tym jakoś nie było... Nie wiem, co Pan Bóg myśli o ministrze finansów czy premierze, albo czy kontrkandydat w przyszłych wyborach będzie lepszy czy gorszy. Lecz jestem całkowicie pewien co do tego, że proroctwo Ezechiela powinienem odczytywać tak, jakby odnosiło sie do mnie osobiście. Czy przypadkiem nie rozpoznaję siebie samego w tym proroctwie? A jeśli Pan napomina właśnie mnie? Co takiego robię, gdy widzę te połamane, niedożywione i zgubione owce wokół siebie? Nie zawsze je widzę... Zajmuję się w większości tylko swą osobą... I nie będę wskazywać palcem innych grzeszników dopóki będę czuł się, jak przyłapany na gorącym uczynku. Ileż to uwagi poświęca człowiek samemu sobie, aby czuł się dobrze, żeby jego sprawy i rzeczy były uporządkowane, by osiągnąć poczucie bezpieczeństwa! Kościół również w większości przypadków troszczy się przede wszystkim o siebie. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że ok. 98% wszystkich swych zasobów parafia wydaje na swoje potrzeby? Na energię elektryczną, gaz, rachunki i nieprzewidziane wydatki. A na potrzebujących w i spoza kościoła wydawane jest zaledwie 1,5% wszystkich przychodów. Czy to mało czy dużo?

Wygląda, że nasz świat jest w przedziwny sposób zaklęty. Bo jeśli chodzi o stronę materialną, to nasze społeczeństwo ma się najlepiej w całej naszej historii. A mimo to załamanych, zagubionych, bezsilnych i niezdolnych do życia jest wciąż tyle samo jeśli nie więcej. Lub tak przynajmniej większość ludzi czuje... Mało kto jest zadowolony. Obiektywnie posiadają więcej lecz porównując to z wyobrażeniami o szczęściu i dobrobycie jakie dzisiaj panuje, cierpią, wpadają we frustrację.

Bóg nie widzi więc innego wyjścia jak tylko samemu zrobić porządek. Nie będzie już polegał na prorokach. Nie powierzy tego zadania nawet Ezechielowi. Mówi, że zagubione owce znajdzie sam.

Minęły już dwa tygodnie od Wielkiej nocy. Wiemy, że tym dobrym pasterzem, który szukał zgubionych, nie dołamał ułamanej trzciny, nie zgasił tlącego się knota, był Jezus Chrystus, Syn Boży i Zbawiciel. To On leczył zranione. Wyszukiwał z tłumu tych, na których nikt nie zwracał uwagi lub patrzono z odrazą – prostytutki, kolaborantów, obcokrajowców niższej kategorii. Nie zważał na siebie. Nie bał się o własne życie, przyszłość. Wywracał do góry nogami ustanowiony tradycją porządek – tłustych i zdrowych zostawiał w spokoju a za to poświęcał czas słabym i chorym.

Z proroctwa Ezechiela i z tego, jak się ono wypełniło w Jezusie można zauważyć jedną podstawową rzecz: problemu tego nie rozwiążą żadne wybory czy demonstracje. To jest rozwiązanie chwilowe, najdalej do przyszłych wyborów. Prorok mówi o daleko głębszym i długo trwalszym ratunku – Pan to uczyni. On sam przyszedł w swym Synu. Z miłości stał się człowiekiem, by nas uratować. My na to zadanie jesteśmy za słabi, również politycy, kościoły czy królowie. A mimo tego Bóg przywołuje nas do odpowiedzialności za zgubione owce. Za tych nieszczęśników, obok których codziennie nieuważnie przechodzimy. Mamy im pomagać i mamy to czynić. W jaki sposób?

Poznaliśmy osoby, które w swoim życiu nie spotkały podanej ręki ze strony chrześcijan. Ale spotkali otwarte szeroko ramiona niebezpiecznej sekty. Własne dzieci ich nie odwiedziły, ale Świadkowie Jehowy zawsze znaleźli dla nich czas. Ewangelicy chodzili na palcach dookoła ich słabości i bólu a Błękitny Krzyż nie wstydził i nie bał się rzeczowo porozmawiać o ich problemach. Lekarze obchodzili się z nimi w sposób bezosobowy i biurokratyczny, zaś uzdrowiciele mieli chęć porozmawiać z nimi o czymkolwiek. Czy możemy się więc dziwić, że na koniec nie wybrali nas?

Wielu ludzi chciałoby zmienić świat. A to, co możemy wszyscy postarać się zrobić to spróbować przeżywać nasze relacje w pełni, naprawdę, w taki sposób, by były żywe. Żeby nie były jedynie formalne. Niektóre dzieci poszukują sobie „rodziców zastępczych“ bo nie znaleźli drogi do swych własnych. Domy za czerwonymi zasłonami odwiedzają mężczyźni, którym nie chodzi tak naprawdę o seks lecz o namiastkę i iluzję zrozumienia. Pełnym uczuć i głębi małżonkom nie wystarcza już mąż, z którym nie ma o czym porozmawiać a sprawy ducha są dla niego drugorzędne. Nie cieszy nas wizyta u lekarza, który nie miał ochoty wytłumaczyć nam naszego problemu. Nie chcemy wołać po fachowców, którzy traktują nas jak bezrozumnych klientów. Źle pracuje nam się z ludźmi, którzy widzą w nas jedynie bezmyślne podajniki dokumentów. Całkowicie nas zniechęca gdy druga strona wciąż tylko od nas żąda i wymaga byśmy ich zrozumieli lecz nie pojmuje, że powinna zrozumieć również nas. Z nierównej relacji prawdziwe porozumienie sie nie narodzi...

I w końcu dochodzi do tego, że w środku świata zapełnionego zabieganymi ludźmi na jego obrzeżu żyje pochmurny i smutny klub samotnych... W swym zaaferowaniu troską o siebie samych i najbliższych biedaka na uboczu nie zauważą...

Z Ewangelii wiemy, że spotkanie Jezusa z człowiekiem przełamywało jego samotność. On dostrzegł tego paralityka u Betezdy, zawołał po imieniu Zacheusza łowiąc go z morza tłumu, przełamywał izolację faryzeuszy, celników i prostytutek. Przekraczał mury oddzielające obcych, umożliwiał bezsilnym powrót między ludzi, sprowadzał z powrotem z samotności grzechu, choroby, biedy, pogardy czy śmierci.

Co było dalej? Czy ci wszyscy odratowani wisieli przez całe życie na Jezusie jak kleszcze na psie, pasożytując? Ewangelie nie zajmowały się dalszym losem tych uratowanych. Lecz wydaje sie, że Jezus po prostu przywracał ich do życia. Najpierw coś w nich uległo zmianie a potem sami szli i zmieniali swoje życie! Stawali sie dojrzalszymi, zdolnymi myśleć nie tylko o sobie, lecz wreszcie o innych!

Jesteśmy zborem chrześcijańskim, owcami w swej owczarni – dobrze, gdy troszczymy sie o siebie nawzajem i czuwamy nad innymi, lecz równocześnie jako pasterze powinniśmy myśleć nie tylko o tych, którzy w środku zagrody lecz również o tych, którzy na zewnątrz w samotności.
Nie chodzi tu jedynie o społeczną samotność, by jej zaradzić lecz również o wspólny udział w dziele Chrystusa – zbawieniu. U Niego powinni znaleźć swe schronienie wszyscy.

Wielka szkoda, że oddaliśmy inicjatywę w ręce tzw. specjalistów od chorób ludzkich dusz. Gdyby ludzie dostrzegli, że relacje międzyludzkie są znów warte ich wysiłku, bylibyśmy o wiele szczęśliwsi. Wkładać serce w spotkanie, w relacje, w których żyjemy od dawna lub dopiero je rozpoczęliśmy... Żebyśmy nie byli na pół martwi lub zaspani na przyjście Pasterza.