22.06.2014 | Łk 24, 35-49

Dzisiejszy tekst jest tak bardzo bogaty w treści, znaczenia, symbole. Trudno je wszystkie dzisiaj przeanalizować, zamiast tego chciałbym uwypuklić myśl, która pojawia się zarówno w związku z dzisiejszą opowieścią jak i we wszystkich Ewangeliach opisujących spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem. W wielu tych opowieściach Ewangelia mówi, że uczniowie uwierzyli. Czasami opisuje to jeszcze barwniej, jak wspomniane przejrzenie na oczy uczniów w Emaus, pałanie ich serca czy opadnięcie łusek z ich oczu.

Co to znaczy, że uwierzyli – czyżby ci towarzysze Jezusowych dróg, słuchacze Jego słów, świadkowie Jego cudów, z których już wielu pozostawiło wszystko za sobą i poszło za Nim, nie byli do tej pory wierzący? Z pewnością byli, choć Pan często ich karcił za ich małą wiarę. Tego obecnego uwierzenia nie można zredukować jedynie do faktu, iż wieść o zmartwychwstaniu zaczęli stopniowo uznawać za prawdziwą. W związku z tekstami o wierze, którą rozbudza w swych uczniach zmartwychwstały Chrystus, pojawia się temat na nowo odzyskanej wiary, powtórnego nawrócenia czy wiary jako długo oczekiwanego domu.

Przecież ci najbliżsi towarzysze Jezusa zostali już kiedyś pozyskani, porwani Jego słowami, czynami i wszystkim, co promieniowało z Jego osobowości. Już powiedzieli Mu swoje „tak” ze szczerą żarliwością pierwszego zachwytu podobnego do pierwszej miłości. Lecz potem przyszła ta straszna Pascha, cała historia niezrozumiale się poplątała i odwróciła, Jezus zniknął w mroku Wielkiego Piątku, zdradzie ludzi a oni upadli na dno swego tchórzostwa i słabości. Początkowo pełni żarliwości, zapału i pewności swej wierności a za chwilę zachowywali się tak, jak wcale nie mieli zamiaru – a teraz właściwie nie rozumieją, dlaczego to wszystko tak szybko się rozegrało, i jak się w ogóle coś takiego mogło wydarzyć. Wola raczej uwierzyć, że wszystko to było jakimś snem, z którego trzeba się przebudzić.

Warto w takich momentach pamiętać, że życie wiary nie jest zazwyczaj jednoaktówką. A może oznacza to, że tak wielu ludzi wciąż jeszcze tkwi w pierwszym akcie i jeśli nawet on się zakończył, nie chcą się do tego przyznać, dopuścić do siebie takiej myśli i wciąż tylko chcą wracać, zamiast iść do przodu? Zazwyczaj pierwszy akt życia wiary, najczęściej przyjęty od swego otoczenia w dzieciństwie, musi się kiedyś skończyć. Jak wszystko w ludzkim życiu, tak i w życiu wiary przejście z dzieciństwa do dorosłości rzadko kiedy odbywa się bez bólu, konfliktów, głupstw, błądzenia ślepymi uliczkami i przejawów buntu.

Mimo woli większość ludzi tak bardzo kojarzy wiarę z dzieciństwem, że wobec obumierania niedojrzałych postaw i wyobrażeń religijnych zachowują się tak, jakby chodziło o obumieranie wiary w ogóle.

Gdy więc owe dawne formy wiary w życiu człowieka wygasną to dochodzi on do wniosku, że wiara wygasła, że pewnie „utracił wiarę”. Być może to tylko błędnie zinterpretowana metafora Jezusa o dzieciach, przejęcie w ten sposób mitu, któremu uległo wielu współczesnych ateistów twierdzących, że religia to przejściowe, infantylne stadium rozwoju rodzaju ludzkiego. A przecież Jezus swoim wezwaniem: „Bądźcie jak dzieci” nie nakłania nas do infantylizmu – przeciwnie, jedną z najbardziej widocznych cech u dzieci jest właśnie to, że rosną, zadziwiająco szybko się zmieniają, po prostu – rozwijają się.

W życiu wiary pojawiają się mniejsze i większe kryzysy, czasami jest to niedostrzegalne, stopniowe wygasanie jej dotychczasowych form i trwa latami, kiedy indziej jest to dramatyczne załamanie, trauma, porównywalne do przeżyć uczniów pod Krzyżem. Lecz wtedy warto pamiętać o słowach Carla Gustawa Junga, że „każdy kryzys jest szansą”.

Wy tę szansę wykorzystaliście, z odwagą rozpoczynając nową drogę wiary. Gdzieś w głębi serca stwierdziliście, iż strata religijnych iluzji i dziecięcych wspomnień nie jest tożsama ze stratą wiary. Że wiara nie jest medalikiem odziedziczonym po babci, który można zgubić. Nie baliście się stwierdzić, że utraciliście religijność waszych przodków i znaleźliście wiarę synów i córek, już nie odziedziczonej religii, lecz wolnej odpowiedzi na powiew Ducha Świętego. Ta odwaga nierzadko była przyczyną konfliktów i nieporozumień z najbliższymi – rodziną, rodzicami, współmałżonkami, dziećmi. Wierzę jednak, że owoce waszej wiary i wyboru sprawią pewnego dnia, że i oni przejrzą na oczy, spadną im łuski z oczu.

Trudno cokolwiek powiedzieć o „formie i treści” tej na nowo odzyskanej wiary. To odzyskanie na nowo wiary jest zawsze dziełem Boga, a nie człowieka. Bóg sam podejmuje w tej sprawie inicjatywę i w swym postępowaniu jest nieskończenie oryginalny i zaskakujący – jednocześnie szanuje wyjątkowość każdego człowieka, ponieważ stworzył go w jego niepowtarzalnej oryginalności.

Jestem pełen podziwu dla waszego uczciwego przyznania się, iż wasze dotychczasowe wyobrażenia i oczekiwania was nie zadawalały a także szanuję wasze szczere mówienie o tych wszystkich sprawach, nawet, jeśli mogły się wam wydawać bolesne i niezrozumiałe – tak jak w przypadku uczniów idących do Emaus.

I jeszcze jedna rzecz. Czy zwróciliście uwagę, w jaki sposób uczniowie w drodze do Emaus rozmawiali o Jezusie z Jezusem? Dopóki mówili z Nim o Nim w trzeciej osobie, nie mogli z Nim nawiązać prawdziwego kontaktu, był bowiem dla nich wciąż „nieznanym wędrowcem”. Dopiero gdy wchodzą z Nim w prawdziwy dialog, pozwalają Mu przemówić i sami do Niego mówią, zadają Mu pytania, kiedy zaproszą Go „do środka”, dopiero wtedy przeskakuje iskra prawdy, dopiero wtedy ich serca pałają, spadają łuski z oczu.

Gdy mówimy o Bogu z dystansem, jak o jakimś przedmiocie, jeśli jest On dla nas jakimś „on” czy „ono”, wówczas całkowicie się z Nim mijamy. Dopiero kiedy rozmawiamy z nim i pozwalamy Mu do nas przemówić, kiedy wchodzimy z nim w dialog, w relacje ja i ty, wtedy możliwe jest autentyczne doświadczenie Boga.

Tak więc w takich chwilach naszych kryzysów nie rozmawiajmy o Bogu i Chrystusie jako o „przedmiocie” naszych rozważań, spróbujmy bezpośrednio zwrócić się do Chrystusa i Jego Ojca z naszymi otwartymi pytaniami, a także z naszymi ranami i bliznami. Być może również do nas przemówi „nieznajomy wędrowiec” – i otworzą się oczy naszego serca.

Tak więc odnaleźliście swój dom wiary, jakim jest nasz zbór i Kościół. Pamiętajcie jednak, iż nie jest to miejsce, w którym będziecie mogli rozsiąść się w wygodnym i bezpiecznym fotelu kolejnych wyobrażeń i iluzji religijnych, lecz społeczność pielgrzymów w drodze. Widzimy tylko fragment tej drogi, do pierwszego zakrętu, potem już jest niewiadoma. A to sprawia, że życie wiary wciąż jest zaskakiwane łaską. Celem naszym jest Chrystus lecz równocześnie jesteśmy pewni, iż On wędruje z nami – przeszedł już raz tę ziemska drogę.