06.07.2014 | Łk 15,11-32

Dobrze wiemy, że gdy pojawia się nieprzyjaciel z zewnątrz, to jesteśmy w stanie zewrzeć swe szyki i stanąć razem ramię w ramię. Lecz gdy akurat nie ma takiego nieprzyjaciela, to kłócimy się między sobą. Niektórzy wyobrażają sobie, że nie sposób w zgodzie i jedności żyć ze sobą jeśli nie ma wrogów wzmacniających poczucie więzi przeciwko komuś, więc tworzą ich sobie sztucznie – muzułmanie, Cyganie, Żydzi, prawicowcy, lewicowcy, liberałowie, homoseksualiści, w zasadzie wszystko jedno, kto. To głupie, prawda? I nieuczciwe. My w taki sposób nie chcemy podtrzymywać zgody i jedności, a o nich będziemy mówić.

Nie wierzę w to, że jedność można osiągnąć dzięki podpisom złożonym pod deklaracją czy porozumieniem. W kościele nie możemy powziąć zobowiązania, jak w przypadku posłów w parlamencie, że zawsze będziemy głosować według wskazówek partii i klubu. Widzicie, cała dogmatyka chrześcijańska jest w zasadzie taką wersją roboczą, jak to mówi się w świecie komputerów, taką testową wersją beta. Nawet przez dwa tysiące lat tej wersji ostatecznej nie wymyślono. I dzięki Bogu! Bo choćby Rzym, Konstantynopol czy Genewa stanęły na głowie to i tak nie ogarnęłyby wielkości słowa Bożego, wciąż im gdzieś coś zgrzyta i nie pasuje! Tak więc i dogmatyka nie może doprowadzić do jedności i zgody, nawet gdybyśmy wszyscy zgodnie recytowali Credo od rana do nocy. Niepokojem napawa myśl, że istnieje spora część teologów, która myśli inaczej.

Zgodę czy porozumienie można osiągnąć jedynie dzięki miłości. Zgoda nie jest jednością w teorii lecz w czynach. W akceptacji, miłosierdziu i przebaczeniu. Gdy dwoje ludzi osiągnie porozumienie prawie we wszystkich aspektach a wciąż nie są w stanie usiąść do jednego stołu, to nie ma ono żadnej wartości.

Apostoł Paweł radzi, byśmy zgodnie myśleli o przykładzie, jaki dal nam Jezus i przyjmowali jeden drugiego, podobnie jak On przyjął nas. W tym tkwi paradoks – Chrystus przyjął nas wtedy gdy byliśmy pełni niezgody, rozbici i potrzaskani grzechem. Przyjął nas w stanie całkowitego niezrozumienia Jego czynów i intencji. Sam Jezus jest w rzeczywistości nie do skopiowania, nie sposób Go do końca naśladować, jest nieuchwytny, nie mamy Go w garści. Dlatego innych powinniśmy przyjmować jako braci i siostry w Chrystusie, nawet jeśli nie są oni naszą wierną kopią. Musimy ich przyjąć w nadziei. Zjednoczenia doświadczamy w Bogu a nie w sobie samych.

A przykładem wyjaśniającym nam ten problem jest przypowieść o Ojcu i dwóch synach. Ojcem w tej historii jest oczywiście sam Bóg.

A ci dawaj bracia obrazują nas, ludzi. Chodzimy różnymi ścieżkami. W inny sposób pracujemy, inaczej myślimy. Posiadamy różne charaktery i natury, rządzimy się różnymi priorytetami. Jeden haruje jak wół, drugi zażywa przyjemności i lekkości życia. Jeden tęskni za luksusowym życiem zagranicą a drugiemu brakuje zwykłej radości. Jeden w końcu odejdzie i źle to się dla niego zakończy, drugi pozostanie w domu, lecz cicho i w milczeniu cierpi. Historia nie opisuje relacji jaka panowała pomiędzy braćmi w przeszłości. Mogło zajść między nimi cokolwiek... Dowiadujemy się dopiero, co działo się pomiędzy braćmi w chwili, gdy marnotrawny syn wrócił do domu. To jest ten moment niezgody i braku jedności, któremu poświęcony jest fragment historii. Starszy brat zaciął się w sobie i nie chciał przebywać razem z młodszym – nie chciał z nim ani jeść ani pić, nie miał ochoty cieszyć się wspólnie z ojcem z powrotu brata. Pamiętał jedynie o tym, co złego stało się za sprawą młodszego brata kiedyś. Przeszłość widział w całkowicie inny sposób, w zupełnie innych barwach niż Ojciec. Według Ojca przeszłość była dobra, według starszego brata zła. Ojciec próbuje otworzyć starszemu synowi oczy by zrozumiał, co jest teraz najważniejsze - odnalezienie się młodszego brata, jego uratowanie, jego wreszcie spokojna przyszłość. Jedność i zgoda rodziny zostanie odnowiona tylko wtedy, gdy wszyscy trzej zgodzą się co do najważniejszej sprawy: iż najważniejsza jest radość, że ten, którego uważano już za straconego, odnalazł się!

Warto to zrozumieć. Ojciec przyjął młodszego syna z powrotem bez żadnych warunków. W taki sposób Bóg nas wszystkich przyjmuje. Brudnych, poranionych często z własnej winy, głodnych, z zaledwie jednym krótkim zdaniem usprawiedliwienia nauczonym na pamięć... i w oczekiwaniu na zemstę i karę. A zamiast tego wsuwają nam na palec drogocenny pierścień a na ramiona zarzucają płaszcz. Po wonnej i balsamicznej kąpieli nadchodzi czas hucznego świętowania. Coś niewiarygodnego! Kto jednak ma z tym problem? Nasz brat. Współpracownik w służbie. Ten najbliższy. Ten jednej krwi. Nie pojmuje, nie rozumie. W co więc wierzył przez całe te lata? Czego się nauczył, co takiego przejął z domu Ojca, że ta sytuacja tak go zaskakuje? Co takiego wypomina swemu Ojcu? Jak do tego doszło, że przez te lata nie był pewien miłości swego Ojca? Ktoś inny być może osądziłby Ojca, że był sztywny, na dystans w stosunku do starszego syna. Nie wiemy, czy dla siebie samego Ojciec zabijał co tydzień tucznego wołu? Być może dalibyśmy się ponieść zbytniej fantazji. Wiemy jedynie, że starszy syn nie pojął, co tak naprawdę jest ważne. A ważne jest to, by ci nasi zaginieni bracia i siostry bezpiecznie wrócili do domu. Żeby Ojciec ich przyjął. Bo do Niego idą, do swego Ojca. On ich przyjmuje. Nie my. Powinniśmy się z tego tylko cieszyć. Mają prawo nie spełniać naszych warunków, pełnych pretensji i żalu.
Być może niektórzy z nas byli tu wcześniej. Być może cierpieli daleko dłużej i więcej. Lecz czy zrozumieli więcej? Od chwili gdy połączą się z Ojcem we wspólnej radości, dopiero wtedy stworzą zgodną rodzinę.

To proste. Znoście się w miłości. Jedność i zgoda spoczywa w Duchu, jedno ciało, jedna nadzieja, jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, jeden Bóg i Ojciec wszystkich. Dlaczego nam z tego wciąż wychodzi jedna wiara w sensie doktrynalnym? Przecież tak nie jest. Wiara jest odpowiedzią, reakcja na dotyk jedynego Boga. W różny sposób różni ludzie odpowiadają. Nie musimy wszystkiego rozumieć w ten sam sposób, jednakowo. Lecz warto wiedzieć, powinniśmy wiedzieć, że jeden Bóg oznacza o wiele więcej niż nasze rozliczne pojmowania, rozumienia. On jest tym Ojcem z przypowieści! Chodzi o radość z Jego sukcesu, gdy nas chroni, przyjmuje, obejmuje ramionami. Gdy z tego będziemy mieli radość to dopiero będziemy zgodni. To jest właśnie to przekonanie w sensie Chrystusowym. I za to mamy Boga sławić jednymi ustami. I przyjmować jeden drugiego, jak On nas przyjął.

Prawdopodobnie znajdują się wśród nas osoby, co do których nie zawsze czujemy sympatię. Stąd istnieje między nami a nimi przepaść – w przekonaniach, w upodobaniach, gustach, nie podobają nam się ich sposoby zachowania, poruszania, cokolwiek. Lecz jeśli będziemy w stanie widzieć tego brata czy tamtą siostrę w ramionach Ojca, i czuć jednocześnie radość wypływającą z tego faktu, z zadośćuczynienia i przebaczenia, to w tym momencie i my stajemy się członkami Ojcowskiej rodziny. 

 

Możesz również posłuchać tego kazania.