17.08.2014 | Marek 7,31-37; Iz 29, 17-24

Zanim zaczniemy rozważać słowa Ewangelii zwróćmy uwagę na fragment proroctwa Izajasza, który opisuje idealny świat pokoju i porządku, sprawiedliwości i prawa. To wizja świata bez tyrana i szydercy. Świata, w którym chorzy zostaną uzdrowieni. Właśnie... Czy taki świat kiedykolwiek nastanie? Czy to tylko niebezpieczna utopia czy wolno nam pielęgnować w sobie takie wyobrażenie?

Gdy wspominamy ostatnie spotkania z naszymi bliskimi czy sąsiadami, zmarłymi niedawno lub czas jakiś temu, to prawdopodobnie nachodzi nas myśl i pytanie, w jakiej postaci wyobrażamy sobie naszych drogich zmarłych w niebie? Jako stare, skurczone istoty o znacznym stopniu demencji? Nie. A może, jako niemowlęta, małe dzieci? Również nie. Wyobrażamy ich sobie jako dojrzałych a jednak młodych ludzi, piękne kobiety, przystojnych mężczyzn, w pełni sił. Dlatego, że wyobrażamy sobie doskonały stan wszystkiego, co istnieje. W rzeczywistości nic nie jest idealne i doskonałe. Wszystko na świecie jest w jakiś sposób niedoskonałe i skurczone. Piękni i powabni bywają głupcy a mędrcy są często brzydcy i nieciekawi. Wolno nam jednak wyobrażać sobie idealne i doskonałe rzeczy. W średniowieczu tym sposobem próbowano dowieść istnienie Boga, – jeśli można wyobrazić sobie doskonałość, to do doskonałości należy również istnienie, w przeciwnym wypadku nie byłaby ona doskonałością. Stąd wniosek, że Bóg musi istnieć - przecież nie jest On niedoskonały.

Odłóżmy jednak na bok te metafizyczne rozważania. Wystarcza nam to, że jesteśmy w stanie wyobrazić sobie lepszy wariant tego, co istnieje, co nas otacza. Dlatego nie zadowala nas to, co jest i jakim jest a staramy się to ulepszać, jakoś uzdrawiać. Wierzymy, że się nie mylimy. W świecie istnieje terroryzm i wojny, bezprawie i poniżenie. Lecz my potrafimy sobie wyobrazić lepszy świat. Bez tych strasznych rzeczy, bez napięć na Bliskim Wschodzie, głodu w Korei Północnej, śmierci dzieci w Somalii. Dlatego wcale nie uspokaja nas taki stan rzeczy.

Czytaliśmy o tym, jak to Jezus uzdrowił głuchoniemego. Człowiek ten nie słyszał, ledwo mówił, jeśli w ogóle artykułował jakieś słowa. Nikt nie potrafił nic z tym zrobić. Byli jednak tacy, którym to nie dawało spokoju. Nie potrafili przejść koło kaleki bez walki. Chcieli coś zrobić. I dlatego przywiedli głuchoniemego do Jezusa. Musimy tego spróbować! A Jezus wykonuje kilka dziwnych gestów – wkłada palce do uszu, pluje i dotyka języka chorego, patrzy w niebo, wzdycha, szepcze: „Effatha“...i gotowe! Mężczyzna jest zdrowy. Uszy się odtykają, węzeł języka się rozplątuje. W taki sposób wyobrażano sobie wtedy uzdrowienie. Jakby ktoś splątał język niemego w węzeł i zatkał czymś uszy.

Chodziło też o to, czyja moc okaże się silniejsza. Zwyciężył Jezus. Uzdrowił. Przybliżył rzeczywistość idealnego obrazu raju z wizji Izajasza.

Muszę przyznać, że wiele lat nie wiedziałem, co począć, co myśleć o uzdrowieniach. Dlaczego Jezusowi to się udawało, a nam nie? Czy apostołowie nie uzdrawiali? Jak to jest, że nam nie wychodzi? Wychowany byłem w świadomości, że nam podobne cuda nie wychodzą z powodu naszych błędów, niedostatków i niedoskonałości.

Czy i my możemy działać na rzecz upodobnienia się naszego świata, choć w minimalnym stopniu, do tego z wizji Izajasza? Cóż więc mamy czynić, my pragnący naśladować Mistrza? Z pewnością możemy się modlić za chorych. To nie oznacza jedynie przekazania troski o chorych w ręce jakieś wyższej mocy. Również dziś dysponujemy możliwościami, o których ówczesne czasy nie miały pojęcia – przede wszystkim ogromną wiedzą lekarską. Zwróćmy jeszcze uwagę na mały i ważny detal dzisiejszej historii: to do Jezusa przyprowadzano chorych.

"I przywiedli do Jezusa chorego..." Jezus był kimś, do którego przyprowadzano, przywodzono innych. Otaczała go jakaś zorza oczekiwania, aureola nadziei! Nie mógł być nigdy porządnie sam, ponieważ, jeśli On akurat kogoś nie wyglądał z tłumu, to tłum wypatrywał Jego i szedł za Nim. W Biblii czytamy wciąż o tym, że ktoś przyszedł lub podszedł do Niego. Nikodem w nocy, bogaty młodzieniec, faryzeusze, kobieta z olejem alabastrowym, Nataniel i wielu, wielu innych... Przychodziły do Niego całe zastępy a On uciekał przed nimi na drugi brzeg jeziora. Zakazywał im mówić o sobie, a wieści o Nim było coraz więcej.

Myślę, że może to być naszą nauką. Ci wszyscy ludzie nie przychodzili do Jezusa z jednego tylko powodu. Nie chodziło im tylko o zdrowie. Niektórzy byli głodni i słyszeli, że Jezus rozdaje ryby i chleb. Niektórzy chcieli posłuchać czegoś mądrego. Inni prosili o wyzwolenie z różnych pęt i zależności. Inni przyszli i już zostali z Nim - to byli uczniowie. Niektórzy przyszli, by Mu usłużyć, jak ta kobieta, która umyła Mu nogi drogocennym olejkiem. Powodów było wiele. Tak więc, jeśli nie potrafimy uzdrawiać, to być może powinniśmy przynajmniej zapraszać do spotkania? Proponować takie spotkanie, które ma znaczenie. Które ma moc zmienić. Pomóc w znalezieniu tego, czego człowiek potrzebuje. Czasami mowa wraca poprzez fakt, że można z kim porozmawiać. Uzdrowienie z głuchoty oznacza również to, że człowiek w kakofonii dźwięków i informacji usłyszy coś ważnego.

Odwrotnością obecności Jezusa w świecie jest samotność. Tam, gdzie człowiek przebywa jedynie z sobą samym, tam jest piekło. Tam, gdzie spotykamy się z drugą osobą, gdzie jest społeczność, tam możemy doświadczyć pomocy, której my sami nie widzimy. Jeśli już nie potrafimy uzdrawiać jak Jezus, to możemy chociaż dowieść, że nasza obecność może być dla kogoś ratunkiem... Jezus wzywał do siebie wszystkim tym, co czynił. Wzbudzał nadzieję. Tą nadzieją nie zaspokajał każdego bez wyjątku, jak to się czasami wyobraża. Nie, w większości przypadków wypowiadał zaledwie kilka słów, zdań. Ale tym samym zapoczątkowywał w ludziach nowy, inny sposób patrzenia na świat.

Na ziemi żyje wiąż wielu okrutników i tyranów. Z pewnością doświadczymy jeszcze wiele wojen i ataków terrorystycznych. Tam, gdzie jest depresja, gdzie ludzie nie przeżywają obiecującego spotkania, tam nie ma skąd powstać nadzieja. I gdy przeżywamy bezsilność spotykając się twarzą w twarz z niebezpieczeństwem, jak w przypadku ciężkich chorób, to mimo wszystko warto jest mieć nadzieję taką, jaką miał Izajasz. Świat i ludzką słabość może całkowicie uzdrowić i zmienić tylko cud Boży. Lecz mimo to, i my możemy uczynić to, co uczynili Piotr i Jan, kiedy powiedzieli: „Srebra i złota nie mamy, ale to, co mam, daję tobie.“ I zwykłe spotkanie oznacza sporo. Ludzka bliskość. Słowo. Wspólna modlitwa.

Cóż, kazanie dzisiejsze nie jest zbyt radosne i odkrywcze. Fragmenty opisujące cuda są dla egzegety ciężkie i trudne. Cieszymy się z jednej strony, że Jezus tyle ich uczynił i korzymy się przed Jego mocą, ale z drugiej strony cuda są czymś, czego tak do końca nie rozumiemy, a tym bardziej nie doświadczamy. Gdy sobie uświadomimy, na co nas stać, to nie ma się z czego cieszyć. Spotkanie, nadzieja na porozumienie i zbliżenie między ludźmi, zwykła, bez elementów cudowności pomoc, słowo. Lecz gdy nad tym również się zastanowimy to jest to coś, z czego możemy się cieszyć. Nie wolno nam tym pogardzać. Przecież przynajmniej, co niedzielę doświadczamy cudu tego rodzaju, że uszy, które nie słyszały głosu Bożego, coś dosłyszały. A język, który był dotąd niemy, naraz mówi o Bogu. Dziękujemy.