Centrum Duchowości św. Marcina nie ma długiej historii.

Tak, istnieje dopiero cztery lata.

Skąd wzięła się u księdza potrzeba powołania do życia tego miejsca?

Już od dwunastu lat wspólnie z Klarą Koller – bliską przyjaciółką, nawiasem mówiąc katoliczką, która także podąża drogą modlitwy serca – prowadziłem w kościele św. Łukasza oraz w Miejskiej Akademii Ewangelickiej kursy modlitwy serca. Gdy przed 13 laty przyszedłem do kościoła św. Łukasza jako duszpasterz, wspólnie z innymi ludźmi zorganizowaliśmy mszę św. Tomasza, która została zainicjowana krótko zanim ja się tam pojawiłem. Msza św. Tomasza jest szczególnym nabożeństwem, jest ona „nabożeństwem dla wątpiących i innych dobrych chrześcijan”, którzy mają trudności z tradycyjną mszą i z tradycyjnymi formami kościelnymi.

Doskonały tytuł, który można smakować.

Taka forma mszy została wynaleziona przed wieloma laty w Finlandii. Należałem do tych, którzy sprowadzili ją z Finlandii do Niemiec. W Niemczech jest obecnie 70-80 miejsc, w których jest proponowana msza św. Tomasza. Odbywa się ona zawsze w pierwszą niedzielę miesiąca o godz. 18:00 w kościele św. Łukasza. Od dłuższego czasu brałem w niej udział. Ludzie pogranicza zawsze mnie interesowali. Interesują mnie również ci kościelni chrześcijanie, którzy mówią: „Chcielibyśmy pogłębić naszą duchowość, chcielibyśmy rzeczywiście iść drogą medytacji, modlitwy. Pragniemy również angażować się społecznie w naszej wierze, aby nasze życie nie upłynęło po prostu mieszczańsko”. Z tego też powodu w kościele św. Łukasza ważnym tematem jest również praca z bezdomnymi. Dzięki temu łączymy duchowość z zaangażowaniem na rzecz społeczeństwa, a szczególnie na rzecz biednych. Dla mnie samego połączenie tych obu aspektów jest czymś bardzo ważnym, bo nie chodzi o to, by usiąść i gapić się we własny pępek. Chodzi o dotarcie do tego źródła siły, do duchowego bogactwa, dzięki któremu człowiek staje się aktywny i wnosi swój pozytywny wkład w życie.

Czyli wokół mszy św. Tomasza, czy też właściwie w Centrum Duchowości św. Marcina, powstaje parafia innego rodzaju, taka jakiej dotychczas jeszcze w Kościele ewangelickim nie było?

Zgadza się. To jest rzeczywiście coś nowego, nowy świat. Powstaje to jednakże pod dachem Kościoła, także pod dachem kościoła św. Łukasza. Miałem w życiu zawsze dużo szczęścia, że nie musiałem zwalczać instytucji Kościoła. Jestem księdzem tego Kościoła, identyfikuję się z nim i szanuję ten Kościół i jego tradycję. Ale należę również do ludzi, którzy mówią: Aby móc coś zachować, należy to zmienić; kto nie zmienia, ten również nie zachowuje. Musimy stale zadawać sobie pytanie: Jak mamy przekazywać to tak stare orędzie w zmienionych czasach? Jakie formy życia parafii należy rozwijać, aby współcześni ludzie – przede wszystkim ludzie żyjący w wielkich miastach – mogli odnaleźć się w życiu religijnym? Nasze struktury kościelne bardziej odpowiadają wiejskim strukturom z XVIII i XIX wieku, a nie wpasowują się w strukturę wielkiego miasta.

Sądzi ksiądz, że każda wielkomiejska parafia zachowuje się, jakby to była malutka wieś?

Tak, nabożeństwo niedzielne jest o godz. 10:00! A to nie odpowiada stylowi życia ludzi, w szczególności tych z wielkich miast. Już same godziny nabożeństw niedzielnych, formy nabożeństw niedzielnych, które są sprawowane monologicznie, to wszystko nie jest odpowiednie dla współczesnego człowieka. Ludzie chcą podjąć dialog, a także chcą mieć ciszę. Podczas naszych zwyczajnych nabożeństw w zasadzie nie ma w ogóle ciszy. Jest permanentne zagłuszanie albo muzyką, albo czytaniami, homiliami itd. Tę niszę wypełnia na swój sposób msza św. Tomasza i to, co robimy w Świętym Marcinie. Tutaj wydarzają się więc rzeczy, które w życiu naszego Kościoła pozostają niedoświetlone. Zdarzają się jednak one pod dachem kościoła.

Parę razy wspominał ksiądz modlitwę serca. Czy mógłby ksiądz opowiedzieć, co czyni tę modlitwę modlitwą chrześcijańską?

Modlitwa serca pochodzi od wczesnych mnichów, od Ojców i Matek Pustyni z trzeciego i czwartego wieku. Ludzie ci przenosili się na pustynię, aby znaleźć Boga, aby skonfrontować się z samymi sobą, aby pogodzić się ze sobą. Udawali się tam, aby, jak sami mówili, pokonać własne demony, aby pokonać to, co oddzielało ich od Boga. Mówili oni, że na tej drodze należy uczynić dwie rzeczy. Po pierwsze należy intensywnie i realistycznie skonfrontować się ze sobą oraz pokonać własne namiętności, ale twierdzili, że sami tych namiętności nie są w stanie pokonać, tak jak nie mogą sami siebie uzdrowić i zbawić.
      Aby znaleźć dojście do własnych dążeń, namiętności i myśli, niezbędny jest wielki samokrytycyzm, samouzdrowienie jednak pochodzi od Boga. To znaczy, konieczne jest przy tym wewnętrzne nakierowanie się na Źródło uzdrowienia, na Światło, na Boga. Z tego powodu ludzie już w dawnych czasach mówili, że istnieje forma modlitwy – nazywali ją „czystą modlitwą” – w której niepotrzebne są słowa, emocje, obrazy i która jest tylko wewnętrznym nakierowaniem się na Boga, na przebywanie w Jego obecności. Możliwe, że środkiem pomocniczym jest powtarzanie wersetu Psalmu lub Imienia Jezusa Chrystusa w rytm oddechu. Jest to bardzo bliskie formom modlitwy Wschodniej, gdzie także chodzi o bycie obecnym, o świadomość ciała, o odczucie siebie samego, o milczenie i liczenie oddechów. To wszystko jest także w buddyzmie zen.
     W modlitwie serca jest to nakierowanie się na Imię Jezusa Chrystusa lub modlitwa: „Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną”. Powtarzanie powinno prowadzić do pozostania w stanie modlitewnym.
     Dwa razy w tygodniu mamy sesje medytacyjne, podczas których ludzie po prostu mogą u nas posiedzieć. A raz w miesiącu jest jeden dzień skupienia, podczas którego siedzimy rzeczywiście w ciszy.

To brzmi tak prosto...

Ale to nie jest łatwe.

Wierzę, że jest to niezmiernie trudne.

To jest długa droga praktyki.